Pamiętnik PMa

Życzenia Wielkanocne z nutką ekshibicjonizmu

Do tej pory unikałam postów związanych z kalendarzem pod tytułem: Wesołych Świąt, Szczęśliwego Nowego Roku, podsumowanie poprzedniego roku, postanowienia na następny, do widzenia przed urlopem, jak zacząć nowy rok szkolny itd. Uważałam je za mocno sztampowe, przez co mało ciekawe. Dziś postanowiłam przełamać tę konwencję. Może dlatego, że to miły pretekst by napisać cokolwiek po dłuższej przerwie 😉 A może dlatego, że udało mi się dzisiaj zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie podczas prac nad świątecznymi stroikami (niech żyje radosna twórczość z dziećmi) 😉

Wielkanoc 2017 copy

Z pewnością przewodnia myśl jest taka, że tegoroczne święta traktuję wyjątkowo pod kątem osobistym. Od pewnego czasu przechodzę przez dużą zmianę w swoim życiu. Zmiana cudowna, mocno rozwojowa, głównie zawodowa, ale jednocześnie bezpośrednio i z impetem wpływa na życie prywatne. Jestem dokładnie tam, gdzie marzyłam sobie kiedyś być (ale to nie znaczy, że to koniec marzeń, kto mnie zna, ten wie, że koniec to za każdym razem dopiero początek). Od kilku miesięcy towarzyszy mi ogromny entuzjazm i zapał do pracy, których wypadkowa urzeczywistniła się w kilku fajnych działaniach.

Równolegle jednak ta wielokierunkowa zmiana wywołała lawinową identyfikację różnych obszarów, które wymagają poprawy. Uświadomiłam sobie, że pewne relacje nie są dla mnie korzystne, bądź źle się w nich odnajduję (zarówno te zawodowe, jak i te prywatne). Zdałam sobie sprawę z zagrożeń generowanych przez kierunek, w którym idę. Zidentyfikowałam wiele obszarów własnego rozwoju, które wcześniej wydawało mi się, że działają bez zarzutów. A co tam! Ot, wprost napiszę, że poczucie własnej wartości upadło i poszczególne kawałki powoli odnajdują się nawzajem w gruzach.

Dlatego te święta będą dla mnie okresem przejścia, przemiany. Bynajmniej mocno na to liczę. Że zatrzymam się, że przemyślę, że się zastanowię. Że postawię kropkę nad i w tych wszystkich swoich przemyśleniach. Że po świętach wrócę z „przewietrzoną głową”, przekonana dokąd zmierzam, na czym chcę się skupić, co mi służy, a co nie. I tego moi drodzy również Wam życzę.

Szaleje wiosna, świat się zmienia na zewnątrz. Pozwólcie też zmienić mu się wewnątrz Was. Przemyślcie, zastanówcie się, odetchnijcie, nabierzcie świeższej perspektywy. Jak to uzyskać? Pobudźcie swoją kreatywność zajmując się czymś, czego na co dzień nie robicie. Mi na przykład idealnie „przemyśliwuje się” ciąg przyczynowo-skutkowy dzisiejszego świata podczas pieczenia sernika, malowania jajek i porządkowania ogrodu. Zakładam, że dla Was może to być coś innego, na przykład przyjęcie długiej pozycji w roli tzw. kanapowca, którego głównym zadaniem jest obsłużenie pilota od telewizora. Cokolwiek u Was zadziała.

Podsumowując:

Radosnych, Spokojnych, Twórczych i Refleksyjnych Świąt Wielkanocnych serdecznie Wam życzę!

PS. O powyższych rozważaniach i o tym jak sobie z nimi poradziłam na pewno kiedyś jeszcze konkretniej napiszę.

Cześć, czołem, hello! Czyli „co słychać”…

Witam wszystkich po tej niemałej przerwie – ponad rok od ostatniego merytorycznego wpisu!

Nie uwierzycie, ale wydaje mi się, że piszę tego bloga bez przerwy. Jest cały czas w mojej głowie i wydaje mi się, że dopiero co napisałam ostatni post, a kolejne, które chciałabym napisać powstaną już za chwilkę. No właśnie – za jaką chwilkę? Z tą „chwilką” trudno ostatnio bywało. Priorytety były inne. Niemniej jednak nieprzerwanie płynące od Was maile, pojawiające się pod postami komentarze motywują do odnalezienia siebie i poświęcenia czasu również sobie, czyli temu co sprawia frajdę MNIE i TYLKO MNIE (czyt. objaw lekko sfrustrowanej mamy dwóch cudownych malutkich jeszcze Księżniczek).

Do rzeczy!

Na dzień dzisiejszy jest nowy wpis na stronie O mnie i Witajcie na moim blogu. W tym tygodniu powstanie trzecia część artykułów Jak zdać PMP®. Potem może coś o motywacji PMów, na życzenie Ani, która napisała do mnie w tym tygodniu.

Załączam zdjęcie z Księżniczkami. Trochę prywaty i ekshibicjonizmu – nie ukrywam – w ramach alibi 😉

PS. A teraz specjalne podziękowania dla Wojtka, uczestnika wrześniowego szkolenia w Warszawie. Wojtku, dziękuję za kop motywacyjny!

ksiezniczki

W pociągu do górskiego miasteczka Soller, Majorka 2016

PMa równowaga w życiu zawodowym i osobistym

Tak dawno nie pisałam, że nie mogę się zdecydować, który temat poruszyćJ Jakiś czas temu otrzymałam prośbę od stałego czytelnika tego bloga by napisać o równowadze między życiem prywatnym a zawodowym. Wydaje mi się, że ten temat przewija się w tekstach na moim blogu, ale rzeczywiście do tej pory nie zaadresowałam tego zagadnienia w oddzielnym artykule. Ostatnio nie pisałam na blogu właśnie ze względu na work-life balance, idealnie będzie więc poruszyć ten temat teraz.

Równowaga a Potrzeby Osobiste

Moje spaczenie project managementowe nakazuje mi zacząć od początku, czyli od wymagań 😉 Z potrzebami w kwestii work-life balance jest różnie. Sama miałam okres, w którym granica między pracą a życiem prywatnym była cienka. Byłam singlem, bez zobowiązań rodzinnych. Bardzo dużo pracowałam, ale też po godzinach pracy wiodłam intensywne życie towarzyskie. Praca nie ograniczała się do pracy na etacie jako PM. Dodatkowo, aktywnie działałam w PMI jako członek Dyrekcji Oddziału Gdańskiego, zarządzałam projektem wolontariackim (o EWC poczytacie tutaj), uczestniczyłam w studiach doktoranckich oaz robiłam podyplomówkę. Do tego dodajcie, że imprezowałam na całego. Weekend zaczynał się w piątek wieczorem i nie wiadomo kiedy robił się poniedziałek rano. Często spędzałam go w gronie znajomych z pracy. W tygodniu obowiązkowy był poranny jogging i odwiedziny w klubie fitness. Sporo też podróżowałam w tym okresie. Miesiąc bez szaleństwa zakupowego w jednej z europejskich stolic był miesiącem straconym. Znajomi, koledzy z pracy mówili, że jestem chodzącym ADHD, wulkanem energii. Piszę to i sama nie wiem w jaki sposób zmieściłam to wszystko w dobie. Tymbardziej, że żadnej z tych rzeczy nie wykonywałam na przysłowiowe „pół-gwizdka”. Bynajmniej tak wtedy mi się wydawało. Dla wielu osób nigdy nie przestawałam pracować. Ja natomiast byłam szczęśliwa. Czułam, że żyję. Taka dysproporcja praca-życie prywatne ze stanowczym naciskiem na praca była na tym etapie mojego życia naturalna. Potrzebna.

To co było dobre dla nas wczoraj, niekoniecznie zadawala nas dzisiaj

Upadek, czyli Równowagi Brak

Z perspektywy czasu widzę, że jeden aspekt poważnie zaniedbałam i przyznaję z bólem serca, że była to moja rodzina. Relacje, które wtedy budowałam też raczej nie należały do najtrwalszych i najwartościowszych, które udało mi się w życiu zbudować. Gdy tylko zmieniłam pracę, szybko okazało się jak obszerna jest czaso-przestrzeń bez tych wszystkich ludzi dookoła mnie. Zmiana pracy wiązała się z miejscem zamieszkania. Przeniosłam się do Warszawy, nadal dużo pracowałam. Nowa praca pochłaniała mnie w 100%. Jednak po pracy zaczęłam zwalniać. Przypomniałam sobie jak cudownie jest obudzić się w sobotę rano wyspaną i mieć przed sobą cały wolny dzień. Podobnie w niedzielę. Jak pięknie było wyjechać na weekend w góry. Porozmawiać z najbliższą rodziną. Nareszcie przeczytać książkę. Zacząć pisać pamiętnik. Do mojego życia zaczęło wkradać się więcej niematerialnych wartości. Zakupy przestały sprawiać tyle przyjemności. Moment przełomowy, to ten w którym przestałam być singlem. Praca zaczęła być coraz większym problemem. Przyzwyczaiłam siebie i wszystkich dookoła, że spędzę w pracy tyle czasu ile potrzeba. Że praca w piątek do 23 jest w moim przypadku jak najbardziej możliwa. Że w tygodniu Erdmańska bez problemu wychodzi z pracy o 2 w nocy jeśli jest taka potrzeba. Jednak gdy okazało się, że ktoś na mnie czeka i zależy mi na tym by wyjść o 17, nie jest to takie łatwe. Co więcej, koledzy, szef szybko przyzwyczaili się, że wychodzę. Ale największy problem miałam z tym ja sama!!! Opuszczając pracę o 17 czułam się winna. Czułam się jak leń, który tego dnia w ogóle nie pracował. Według mojego standardu nie byłam zmęczona pracą. Nie czułam się „spracowana”. Wykonałam jedynie połowę tego co zazwyczaj. To było straszne uczucie. Po racy nie mogłam wyłączyć myślenia o pracy. Przestawić się na tryb człowieka z normalnymi proporcjami życie prywatne-praca, stało się ogromnym wyzwaniem. Co więcej, zaczęłam czuć dokuczliwe wypalenie. Lata intensywnego życia dały o sobie znać. Nagle każdy dzień w pracy wymagał ode mnie wysiłku by się zmotywować. Zrezygnowałam z dodatkowych zajęć by mieć więcej czasu prywatnego. Jednak strasznie to przeżywałam. Wydawało mi się, że wszystkich zawiodłam. Że w świecie zawodowym nawalam na całej linii. Bo jak inaczej może myśleć ktoś, kto wcześniej pracował trzy razy więcej i angażował się w kilka inicjatyw na raz? A więc nastąpiło ostre wyhamowanie. Właściwie powinnam napisać wyjałowienie. Trzeba było się ratować. Zmieniłam pracę. Pomogło, ale tylko w pewnym stopniu.

Nowe Potrzeby = Nowa Równowaga

Dopiero macierzyństwo przyniosło ulgę i ukoiło wypalenie. Pracować skończyłam w ósmym miesiącu ciąży. Po pierwsze, organizm nie zniósł więcej. Po drugie, w szkole rodzenia byłam najbardziej zaawansowaną ciężarówką i jednocześnie jedyną, która jeszcze pracuje. To dało mi do myślenia. Kolejny miesiąc przyzwyczajałam się do tego, że nie dzwoni telefon, że nie odbieram codziennie 100 maili, że nikt mnie nie potrzebuje, o nic nie pyta, nigdzie się nie spieszę, że mam czas by zjeść obiad i przeczytać książkę. Połykałam książki. Wcześniej, przy tak ogromnym zabieganiu, skupienie się nad kartką tekstu było nieosiągalne. Nagle znalazł się czas na regularne rozmowy z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Z trwogą przypominałam sobie sytuacje, w których dzwonili do mnie a ja biegnąc na kolejne spotkanie w ogóle nie odbierałam, o oddzwanianiu nie wspominając. Wcześniej ciągle musiało się coś dziać. Wszystko musiało mieć konkretny cel i sens. Teraz? Teraz piękne były liście na drzewach, ptaki w parku. Teraz zaczęłam rozpoznawać sąsiadów i poznawać ich bliżej. Zaczęłam smakować życia, nie poprzez jego intensywność, ale poprzez jego sens, poprzez jego barwy, smaki i zapachy, poprzez cudowność natury. Tak! Brzmi pompatycznie, ale właśnie tak zarysowała się w moim wnętrzu ta zmiana.

Jedna rzecz długo się nie zmieniała – poczucie winy. Poczucie winy, że zawiodłam… siebie, współpracowników, ludzi, którzy na mnie liczyli i do tej pory mnie podziwiali. Na szczęście i z tym się uporałam… po długim czasie.

Teraz jestem pełna energii, nowych pomysłów i postanowień, które wynikają z moich doświadczeń. Czy żyłam za szybko? Tak! Żyłam potwornie szybko, bez czasu na głębsze refleksje. Czy tego żałuję? Nigdy w życiu! To był cudowny, beztroski czas. Bardzo chciałabym, żeby taki czas się jeszcze powtórzył… na chwilę.

Czy teraz jest mi źle? Nie 🙂 Teraz jest cudownie. Teraz dotknęłam głębszego sensu swojego życia. Teraz jest satysfakcja i samorealizacja w pełnym zakresie. Na tempo też nie mogę narzekać.

A jaki jest mój obecny work-life balance? Odwrócony do góry nogami w porównaniu do tego poprzedniego. Teraz tempo narzuca moja rodzina. Ona jest najważniejsza. Ale to nie oznacza, że zostałam mamą w pełnym wymiarze godzin i to jest moje jedyne zajęcie. Tak, w pewnym sensie będę nią do końca życia w każdej jego chwili, niezależnie od czynności, które będę aktualnie wykonywać. Jednak życie nauczyło mnie, że najgorsze dla mnie to zabrnąć pod krawędź którejś ze skrajności. Więc aktualnie opiekuję się moim dzieckiem i ta czynność zajmuje mi najwięcej czasu. Dodatkowo, pracuję nad doktoratem, piszę bloga, występuję na konferencjach, prowadzę Strefę PMa na Facebooku, szkolę z zarządzania projektami. Tego czasu na „dodatkowo” zostaje niewiele. Także tempo jest nadal spore. Nie ukrywam, że tęskno mi do zarządzania projektem. Ale wiem, że to jeszcze nie czas. Gdybym wróciła do PMowania, to już na całego. Praca PMa to tak naprawdę bardzo nienormowane godziny pracy, elastyczność i bycie dostępnym czasami 12 godzin dziennie. Na razie nie mogę sobie na to pozwolić. Na razie są inne priorytety. Ale nic nie robić w zakresie rozwoju zawodowego? Porzucić kochane zarządzanie projektami? Nie, tego też bym nie chciała. Wydaje mi się, że znalazłam złoty środek.

„Przepis” na Równowagę

Jednocześnie coraz mocniej uderza we mnie świadomość, że serce już zawsze będzie rozdarte między córcią, która z tęskną miną i łzami w oczach stoi w drzwiach a małą zadrą, żalem i tęsknotą za adrenaliną, za daniem z siebie 200% po to by osiągnąć pozornie niemożliwe i poczuć ten smak spektakularnego sukcesu. Pewnie, można spotkać się gdzieś pośrodku, ale nie da się mieć jednego i drugiego w stopniu maksymalnym.

Są matki, które twierdzą, że jestem wynaturzeniem, bo nie opiekuję się swoim dzieckiem sama przez 100% czasu mimo, że mam takie możliwości. Są kobiety, które twierdzą, że popełniam straszny błąd nie wracając jeszcze do pracy. I wiecie co? Tak już będzie zawsze! Dlatego pisząc o work-life balance, nie udzielam Wam konkretnych wskazówek, nie piszę jak żyć. To Wasze życie, Wasze priorytety i Wasze wartości. Żonglujcie nimi tak, by żyć w zgodzie ze sobą i być szczęśliwym.

IMG_6925

7 wybranych czynników kształtujących pracę Kierownika Projektów

Idąc za ciosem, napisałam kolejny bardziej skupiony na mojej skromnej osobie wpis. Przedstawiam Wam tekst z pogranicza dwóch tutejszych kategorii: Pamiętnika PMa a Sztuki Zarządzania Projektami. Możecie go potraktować jako Mój Dekalog PMa. Myślę, że może okazać się szczególnie dobrą inspiracją przed rozmowami kwalifikacyjnymi o pracę na stanowisko PMa.

Kluczowe czynniki sukcesu w zarządzaniu projektami

W zarządzaniu projektami najważniejsi są ludzie!

Zespół projektowy to często mieszany twór z ekspertów różnych dziedzin, którzy wcześniej ze sobą nie pracowali. Jako Project Manager skupiam się na tym, by wszyscy rozumieli cel projektowy, korzyści jakie przyniesie on organizacji oraz by wspólnie pracowali nad jego osiągnięciem. Skupiam się na motywacji członków zespołu.

Interesariusze projektu, czy sponsor często reprezentują odmienne odłamy biznesu, mając inne priorytety i oczekiwania wobec projektu. W projektach skupiam się na tym by cel projektu był spójny i zrozumiały dla każdego biznesu. Dbam o przejrzystość projektu, głównie poprzez komunikację.

Z mojego doświadczenia wynika, iż wiele ryzyk w projekcie urzeczywistnia się, czy nie jest odpowiednio wcześnie zaadresowanych na skutek zaniedbania czynnika ludzkiego.

W którym momencie projektu trzeba się najbardziej przyłożyć?

Największym wyzwaniem jest faza początkowa każdego projektu. Ta faza wymaga najwięcej wysiłku od Project Managera i owocuje wprost proporcjonalnie w trakcie realizacji. Ile wysiłku włożymy na początku, o tyle płynniej będzie przebiegał projekt w następnych fazach. Mówi o tym tzw. krzywa bólu, o której pewnie niejednokrotnie słyszeliście.

Jako kierownik projektów na początku każdego przedsięwzięcia wkładam najwięcej wysiłku w:
– jasność uzasadnienia biznesowego i celu przedsięwzięcia
-zidentyfikowanie i analizę interesariuszy
-zaangażowanie odpowiednich stron biznesowych w projekt
-zidentyfikowanie zasobów potrzebnych do realizacji
– zapewnienie członków zespołu o odpowiednich umiejętnościach
-zbudowanie organizacji w projekcie (ustalenie poszczególnych ról, sposobu podejmowania decyzji, niezbędnych akceptacji)
-zbudowanie zespołu projektowego
-zaplanowanie przebiegu projektu
-stworzenie rejestru ryzyk.

Jak zarządzać zespołem projektowym?

Wszystko zależy od kultury organizacji, zespołu i projektu, a więc Kierownik Projektu musi być elastyczny.

W projektach intensywnych i krótkich nie ma miejsca na nieporozumienia, niedociągnięcia, czy domysły. To wywołuje frustrację i spadek morałów w zespole. Zawsze stawiam na wspólnie stworzony plan. Jeśli zespół stworzy go razem, twierdząc, że może być wykonany w tak krótkim czasie, to już połowa sukcesu. W krótkich, intensywnych projektach ważna jest częsta komunikacja. Mowa tu o nawet codziennych spotkaniach, na których zespół omawia postępy prac, adresuje problemy, na bieżąco identyfikuje ryzyka. Jako Kierownik Projektu upewniam się, że zespół dysponuje wszystkimi zasobami by móc wykonać swoje zadania. Usuwam przeszkody z otoczenia, rozwiązuję problemy z organizacją na zewnątrz. Rozmawiam również oddzielnie z członkami zespołu, upewniając się, że rozumieją swoją rolę i zadania w projekcie, wiedzą jakie korzyści osobiste mogą wynieść z projektu.

Jak powinien wyglądać standardowy tydzień organizacji projektu?

Moim zdaniem nie ma standardowego tygodnia organizacji projektu. Wszystko zależy od kultury organizacji, potrzeb zespołu i charakterystyki projektu.

Spotkania z zespołem raz w tygodniu to jednak minimum. Gdy tylko jest taka potrzeba (np. zadania trwają jeden dzień) spotkania powinny odbywać się częściej. Na spotkaniach omawiane są postępy prac, napotkane problemy. Stawiam na dyscyplinę spotkań, mają być krótkie i na temat, ale za to powinny odbywać się częściej. Co najmniej raz w tygodniu rozmawiam z każdym członkiem zespołu. Pozwala to zbudować relację, zrozumieć potrzeby pracownika, usłyszeć jego szczerą opinię, określić ryzyka w projekcie, załagodzić potencjalne konflikty.

Na początku każdego projektu tworzę rejestr ryzyk, który pokrótce omawiam z zespołem na każdym spotkaniu (na zasadzie checklisty z najbardziej prawdopodobnymi ryzykami). Dodatkowo, raz na jakiś czas organizuję sesję skupiającą się tylko na ryzyku.

Na początku projektu ustalam z zespołem zasady współpracy. Planujemy również cały projekt (jeśli projekt ma trwać dwa lata, opracowujemy plan/wstępną koncepcję na dwa lata). Oczywiście wybiegając daleko w przyszłość, plan może mieć charakter założeń, które zostaną potwierdzone po osiągnięciu określonych kamieni milowych. Posiadanie wspólnych celów od samego początku projektu organizuje pracę, buduje wspólną wizję i sprawia, że wszyscy rozumieją do czego dążymy w projekcie. Stawiam zatem na sporządzenie planu i jego akceptację, ale zakładam również, że będzie się on zmieniać.

Jak zarządzać zakresem projektu?

Na wstępie upewniam się, że cel projektu jest jasny i zaakceptowany przez biznes. Rozmawiam ze sponsorem oraz głównymi interesariuszami na temat projektu tak, by zidentyfikować wszystkich odbiorców produktu projektu oraz zespoły, które mogą pracować nad jego realizacją. Zapraszam przedstawicieli wszystkich zidentyfikowanych działów do rozmowy, zbieram zasoby. Następnie organizuję spotkanie, na którym szczegółowo określamy wymagania projektowe, a w kolejnych krokach zakres przedsięwzięcia. Nad specyfikacją projektową pracują specjaliści.

W projekcie może powstać kilka specyfikacji, np. technologiczna i biznesowa. Każda specyfikacja musi być zatwierdzona (przez odpowiedzialny za tę dziedzinę biznes, Sponsora, bądź Komitet Sterujący). Na podstawie zaakceptowanego zakresu zespół projektowy tworzy plan projektu. Informacje o zakresie są dostępne dla wszystkich. Szczególnie upewniam się, że zna i rozumie je cały zespół.

Wszelkie zmiany w zakresie zgłaszane ze strony Sponsora, otoczenia, bądź samego zespołu muszą zostać zaopiniowane przez zespół i Kierownika Projektu a następnie poddane dyskusji ze Sponsorem i Komitetem Sterującym. Zakres zostanie zmieniony pod warunkiem akceptacji ze strony Komitetu Sterującego. Na jego podstawie nastąpi aktualizacja planu projektu.

Jakie projekty są najtrudniejsze i dlaczego?

Każdy projekt niesie ze sobą nowe wyzwania i szansę na nauczenie się czegoś nowego.

Największym dotychczas wyzwaniem dla mnie był projekt, który polegał na przeniesieniu funkcji księgowania funduszy inwestycyjnych z oddziałów banku na Zachodzie Europy (z Dublina, Edynburga i Luxemburga) do Polski. Projekt był kompleksowy, wymagał zaangażowania wielu jednostek biznesowych. Był obwarowany wieloma obostrzeniami ze strony regulatorów finansowych, z punktu widzenia prawnego oraz ze względu na niezbędne zgody klienta. W projekcie należało zatrudnić nowe osoby, przeszkolić je, wysłać do jednostek przekazujących funkcje, przygotować biuro w Polsce pod względem logistyki oraz wymagań software i hardware, następnie (po spełnieniu kryteriów sukcesu) przenieść zespół do Polski i włączyć w struktury organizacji.

Przedsięwzięcie było szczególnie trudne, ponieważ na jego skutek część zespołu projektowego na Zachodzie traciła pracę. Jednocześnie przed odejściem z organizacji miała przekazać wiedzę i know how nowym członkom zespołu. Projekt mógł się udać tylko dzięki owocnej współpracy całego zespołu. Zbudowanie efektywnego teamu było największym wyzwaniem. Ode mnie, jako Kierownika Projektu teoretycznie nie reprezentującego żadnego z biznesów, wymagało ogromnego zaangażowania, dyplomacji, moderowania każdej rozmowy, a także podjęcia trudnych decyzji. W jednym z projektów zadecydowaliśmy o natychmiastowym zwolnieniu członka jednego z zespołów na Zachodzie, ponieważ niewłaściwie zachował się wobec pracowników z Polski przybyłych na szkolenie.

Co chciałabym robić za 10 lat? Jaka jest ścieżka rozwoju kariery PMa?

W najbliższej przyszłości chciałabym prowadzić duże międzynarodowe projekty, z czasem programy. Za kilka lat widzę siebie jako eksperta w dziedzinie zarządzania projektami międzynarodowymi, szczególnie w branży finansowej, najchętniej budującego biura projektowe w dużych organizacjach. Chciałabym rozwijać swoje zainteresowania na międzynarodowych konferencjach, również jako prelegent.

A Wy jak widzicie swoją przyszłość? 🙂

Dlaczego czasami tracę wiarę w sens blogowania?

Dzisiaj będzie kilka słów od serca. A co tam, dawno nie było tekstu, który nadaje się do Pamiętnika PMa. Zatem jeśli ciekawi Was co u mnie słychać i co motywuje mnie do pisania tego bloga, zapraszam do lektury. Jeśli nie, to śmiało pomińcie ten wpis.

 FullSizeRender

Założyłam tego bloga już jakiś czas temu (prawie dwa lata!) z potrzeby pisania, chęci dzielenia się wiedzą i z pasji do zarządzania projektami. Sama wcześniej szukałam w Internecie artykułów na temat zarządzania projektami. Nie udało mi się znaleźć jednego idealnego bloga, którego regularnie czytam. Ot, po prostu poczytuję sobie to tu, to tam. Czy wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał ten blog? Właściwie tak! Moją wizją była strona, która będzie obrastała w dynamiczne, pełne wiedzy teksty na temat project managementu. Wyobrażałam też sobie dyskusje w komentarzach i trochę hejterów, którzy wsiądą mi na plecy (nie da się uniknąć). A jak to wygląda po dwóch latach? Lista tematów do poruszenia na blogu, którą stworzyłam prawie dwa lata temu wciąż jest długa. Na pewno więcej na niej tematów nie przekreślonych, nie odhaczonych tzw. „ptaszkiem”, a mniej tych opisanych. Ostatnio naszły mnie, więc czarnawe myśli: Dokąd zatem zmierza ten blog? Czy pisanie w ogóle ma sens? Dlaczego nie piszę z częstotliwością jaką bym sobie wymarzyła? Dlaczego tak dużo tematów, które sprawiają, że świecą mi się oczy a policzki oblewają rumieńcem (czytaj: tak bardzo ekscytujących), nie zdołałam jeszcze poruszyć?

No i wyszło, że odpowiedzi jest kilka.

Po pierwsze: Tak, pisanie tego bloga ma sens. Odpowiedziałam sobie na to pytanie już jakiś czas temu. Nawet wspomniałam o tym tutaj. Tym razem nie dywagowałam zatem nad nim zbyt długo i nie zamierzam też robić tego tutaj.

———————————————

Dokąd zmierza ten blog?

A kto to wie 😉 Piszę, bo lubię i niech tak zostanie 🙂 Przy okazji pozdrawiam wszystkich, którzy już zdążyli uknuć teorie spiskowe kryjące się za tą stroną i próbowali pewnego razu nieźle mi zaszkodzić.

A tak na serio, to blog ten miał zapełnić pewną lukę, którą kiedyś zauważyłam. Miał stać się rzetelnym źródłem wiedzy o project managemencie, jakiego brakowało mi w Internecie. Po czasie jednak stwierdzam, że zarządzanie projektami jest tak obszerne, a my wszyscy mamy tak różne doświadczenia, że nie da się stworzyć jednego wszechogarniającego źródła, bynajmniej nie jest to zadanie wykonalne dla jednej osoby. I tu moja pierwotna wizja bloga upadła (czytaj: pojawiła się pierwsza przesłanka do zwątpienia w sens blogowania). Oficjalnie zwalniam, więc siebie z obowiązku stworzenia pigułki wiedzy na temat zarządzania projektami i z przyjemnością zaczynam pisać artykuły, na które najdzie mnie ochota 😉 Tak, dobrze zrozumieliście: będę pisać o czymkolwiek i kiedykolwiek, bo przede wszystkim ma być przyjemnie… i… rozwojowo 🙂

Co z burzliwymi dyskusjami w komentarzach?

No właśnie, co z nimi?! Ubolewam nad ich brakiem. Tym bardziej, że całkiem ciekawa wymiana zdań odbywa się za kulisami, mailowo. Średnio w trzech, czterech mailach na tydzień dostaje ciekawe pytania, czy komentarze. Uważam, że z moją niską częstotliwością publikowania artykułów w minionym roku trzy, cztery maile od czytelników tygodniowo to całkiem niezły wynik:) Ale odpowiedzi na główne pytanie możecie udzielić tylko Wy: Co sprawia, że wolicie napisać maila niż skomentować artykuł?

Dlaczego nie piszę z częstotliwością jaką bym sobie wymarzyła?

I tutaj się rozpiszę, bo wydaje mi się, że jest o czym.

Rodzina: Niespełna rok temu w moim życiu zaszła poważna zmiana priorytetów. Przyszła na świat moja córcia – zresztą wspomniałam o tym na blogu tutaj. A więc jakiś czas przed tym wydarzeniem trzeba było mocno skupić się na zawodowych projektach (pozamykać co się da, póki jeszcze było można). No a potem zaczęły się krótkie, intensywne, a jakże radosne przygotowania. Zaraz po nich naturalnie wkroczyłam w tzw. „czas pieluch”, prawdziwie spowolnienie, sielankowe cieszenie się z każdego dnia, rodzinne spędzanie czasu, wspólne podróżowanie, które szczęśliwie trwa do dzisiaj.

Doktorat: Czas ten urozmaicam pracą nad doktoratem. Niestety, latem zeszłego roku w Gdańsku odszedł Mój Profesor, opiekun mojej pracy doktorskiej, a więc w związku z tą wielką stratą nadszedł czas zmian i w tym temacie. Postanowiłam porzucić tematykę zarządzania finansami na korzyść zarządzania projektami. Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z Profesorem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. No i ruszyłam z pracą naukową tak jakby od nowa, ale ze zdwojoną siłą. W zarządzaniu projektami czuję się jak ryba w wodzie, więc jest to czas jak najbardziej przyjemny.

Strefa PMa: Długo przed narodzinami dziecka zaczęłam prowadzić Strefę PMa na Facebooku. Tym, którzy jeszcze o niej nie słyszeli pozwolę sobie w dalszych zdaniach przytoczyć swoją wypowiedź z wywiadu dla Alternativva – Inspiring Sunday (wywiad znajdziecie tutaj). Strefa PMa to platforma informacyjna, której misją jest inspirować osoby interesujące się project managementem. Piszemy o wydarzeniach dotyczących zarządzania projektami, rozpowszechniamy ciekawe artykuły, blogi, motywujemy do pracy i rozwoju w zakresie project managementu. Na stronie nie brakuje też dawki humoru. Platforma zrzesza ludzi o podobnych zainteresowaniach, problemach i wyzwaniach codziennego dnia. Służy też wymianie opinii między doświadczonymi kierownikami projektów. Za Strefą PMa kryje się głębszy pomysł i początkowo strona na Facebooku miała posłużyć jedynie jako prototyp znacząco większej inicjatywy. Tymczasem w ciągu ostatniego roku, przyciągając ponad 2,5 tys. fanów, Strefa PMa stała się ulubioną stroną przyszłych i obecnych project managerów oraz pasjonatów zarządzania projektami. Uwielbiam prowadzić tę stronę. Dzięki niej jestem na bieżąco. Jest to namiastka kontaktu z ludźmi z branży, jaki wcześniej dawała mi działalność w PMI.

Sport: Dodatkowo musi być coś dla ciała i ducha, czyli mój ukochany sport. Tak, wpiszę go tutaj, ponieważ to coś, co zabiera mi kilka dobrych godzin w tygodniu, jednocześnie będąc czymś, bez czego myśleć… żyć nie mogę. A więc ćwiczenia, przynajmniej trzy razy w tygodniu, plus obowiązkowo basen. Powoli zbieram się by wrócić do mojego kochanego biegania, na razie nie potrafię się zsynchronizować z zegarem biologicznym mojej córci. Mam nadzieję, że z nadchodzącą wiosną wczesne poranki staną się mniej katorżnicze i moje bieganie zagości w naszym porannym schemacie dnia.

Blog: No i do tego wszystkiego dodajmy blog. Czy muszę coś dodawać? Jakby nie patrzeć zostaje niewiele czasu…

Ale co by się nie działo, od teraz za punkt honoru stawiam sobie dwa wpisy w miesiącu. Najwyżej nie wszystkie będą tak doskonałe jak je sobie wyobrażam. Dołożę jednak wszelkich starań abyście tego nie odczuli.

Co z zaległymi tematami?

Mam w głowie tyle ciekawych artykułów! Tyle tematów, które trapią nie jednego PMa i nie jednemu przedsiębiorcy, czy menadżerowi spędzają sen z powiek. Dosłownie iskierki zapalają się w oczach na samą myśl o pisaniu. …A jednak pisałam dotąd często o czymś innym… Dlaczego? Po pierwsze często tematy wydają się zbyt długie, by je zgłębić w jednym artykule, czy też jednego wieczoru. Ponadto, nierzadko nachodzą mnie myśli, że „o tym pewnie już nie jeden pisał”,” to już było”, „to jest oczywiste”, „a to oklepane”, więc nie ma sensu się wymądrzać. A potem zajmuję się projektem biznesowym i włosy dęba stają ze zdziwienia, że jednak nie wszyscy znają te, jak mi się wydawało, „prawdy objawione”.

Jest jeszcze jedna przyczyna, do której ciężko mi się przyznać. Ale jednak, co mi tam, przyznam się przed Wami. Nierzadko towarzyszy mi myśl, że nie ma co się wymądrzać. Ba, nierzadko przygotowuję materiał na szkolenie i myślę: „kurcze w tym moim projekcie chyba właśnie to nie działało”. I wtedy przychodzi uczucie wielkiej pokory. Podobnie jest gdy czytam artykuły innych, znajomych z branży. Czytam i myślę sobie, że niewiele ma treść wspólnego z rzeczywistością jaką ja poznałam. I w jednym momencie rady doświadczonego, ale jak się okazuje, nie praktykującego ich autora tracą na autentyczności.

Czy jest więc sens je wdrażać? Tak, jak najbardziej! Mnie samej ciężko się z tym pogodzić, jednak wiem, że muszę zmienić to myślenie. Dlaczego? Dlatego, że nie ma ludzi idealnych. Wszyscy popełniamy jakieś błędy a projekty – za każdym razem nowe wyzwania – to prawdziwy poligon mierzenia się ze swoimi błędami.

Jakie wyciągam więc wnioski? Warto pisać, ale szczerze i bez naciągania. A długie tematy dzielić na mniejsze, równie ciekawe kawałki. Co więcej, pisząc, robię swój własny rachunek sumienia z zarządzania projektami. Takie lessons learned po dłuższym czasie. To jest dopiero prawdziwe „learning by doing” z mocnymi podstawami wdrażania zmian na lepsze.

A teraz pozostaje tylko działać i zmieniać rzeczywistość 🙂

PS. Jeśli myślicie, że niepotrzebnie straciłam sporo czasu na uzewnętrznianie się poprzez powyższe bohomazy, to się mylicie. Artykuł zmotywował mnie do dalszego pisania i mam już gotowy dla Was kolejny wpis. Tak, wreszcie będzie na temat PMP 😉

Nie masz czasu? Słuchaj audiobooków!

Ostatnio moje życie uległo wielkiemu zawirowaniu z bardzo niewielkiego, drobniutkiego powiedziałabym (a jednocześnie przesłodkiego) powodu, jakim jest Moja Mała Córeczka, która przyszła na świat w kwietniu tego roku. Od kwietnia pojęcie „doby” nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia.

 audiobook

Moją „dobę” określiłabym jako przestrzeń czasową, którą wyznaczają następujące stałe elementy (kolejność przypadkowa):

– co najmniej dwa spacery z Maluszkiem jeśli tylko pogoda pozwala,

– wieczorne kąpanie Dzidziusia,

– nastawienie prania,

– wykonanie porcji prasowania,

– ugotowanie obiadu,

– ogarnięcie mieszkania,

– zmianę pieluszki Maluszka – tak co najmniej z dziewięć razy na dobę,

– poranny jogging plus 30-minutowa porcja ćwiczeń,

– wieczorny relaks z partnerem na kanapie,

– wiele innych drobnych zajęć, które możecie sobie z łatwością wyobrazić.

Niby jedna doba do drugiej niemiłosiernie podobna, a mimo tego czas mija nieubłaganie. Człowiek ma wrażenie, że dopiero co wstał z łóżka, a tu już nadchodzi pora wieczornej kąpieli Maluszka.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy doba w moim domu ulegała licznym procesom usprawniającym. Ba! Ulega nadal! Jest to proces ciągły i mam wrażenie, że nieprzerwany tak jak nieprzerwanie zmieniają się wymagania rozwijającego się Człowieka.

Kilku znajomych zapytało mnie czy doświadczenie w zarządzaniu projektami pomaga mi szczególnie teraz w organizacji dnia. Z pewnością stosuję umiejętność wykonywania wielu zadań jednocześnie (tzw. multitasking). Co do ścisłego zarządzania projektami, chyba tym razem mam do czynienia z projektem Agile’owym na bardzo wysokim poziomie. Przy takim Maluszku nigdy nie wiadomo kiedy zacznie się poranek, ile potrwa drzemka, czy też kiedy noc zamieni się w dzień. Również wymagania Dzidziusia zmieniają się w każdej chwili. W ten sposób mój plan doby to lista czynności, w której kolejność i długość wykonywania poszczególnych zadań przybiera najbardziej elastyczną wersję z możliwych 😉

Nie piszę tego postu po to by Wam się wyżalić ile to obowiązków na mnie spadło. Wręcz przeciwnie! Mała Istotka jest źródłem nowej energii, dodaje mi mnóstwa sił i motywuje do działania. No właśnie, motywuje mnie do działania, do rozwoju, do samoulepszania… (oczywiście nie mówię tu o usprawnieniach typu: minimalizacja czasu przewijania jednej pieluszki 😉 )

Idąc za ciosem usprawnień i wielozadaniowości, przy jednoczesnej chęci do dalszego rozwoju, postanowiłam słuchać audiobooków. W końcu spaceruję dwa razy po dwie godziny dziennie. To już spory kawałek czasu, w którym można zrobić coś pożytecznego oprócz dostarczenia swojemu organizmowi konkretnej dawki ruchu oraz dotlenienia Maluszka i siebie.

Audiobooki sprawdziły się na całej linii. Obecnie słucham świetnej książki: The 4-Hour Workweek Timothy’ego Ferriss’a. Książka dostępna jest również w języku polskim. Ja wybrałam wersję w oryginale. Dzięki temu zrekompensuję sobie tymczasowy brak kontaktu z biznesowym angielskim w pracy. Żeby było ciekawiej w obliczu mojej obecnej sytuacji życiowej, lektura zawiera całe gros pomysłów jak zwiększyć swoją efektywność. Zdaje się, że w najbliższej przyszłości będę miała wiele okazji do wdrażania jej zaleceń 😉

W swojej książce Timothy Ferris opisuje nowatorski styl życia, podważa powszechne a nielogiczne status quo dnia codziennego. Spod jego pióra aż kipi pomysłami na usprawnienie tygodnia pracy tak, by skrócić go do czterech godzin. Książka Ferrisa to przepis na to jak zminimalizować czas, który poświęcamy na pracę jednocześnie maksymalizując czas, w którym realizujemy swoje marzenia i czerpiemy pełnymi garściami z życia. Już niedługo na moim blogu pojawi się obszerniejsza recenzja tej pozycji.

Tymczasem gorąco zachęcam Was do korzystania z audiobooków!

Nigdy, ale to nigdy się nie poddawaj!

Podziękowania dla Was oraz z doświadczeń własnych dotyczących tego bloga słów kilka.

Dzisiaj będzie trochę prywaty. Gdy zaczęłam pisać tego bloga miałam jasną wizję i sporo zapału. Mimo rosnącej liczby wejść na stronę, z czasem zaczęłam zastanawiać się czy aby na pewno stanowi on wartość dodaną dla kogokolwiek. Naszły mnie wątpliwości w kwestii obranego kierunku pisania. Czy pisanie o project managemencie z punktu widzenia własnego doświadczenia to na pewno dobra droga?

Co do tego, że pisanie bloga o zarządzaniu projektami stanowi ogromną wartość dla mnie samej nie mam wątpliwości. Project Management to moja pasja. Dużo czytam na ten temat, uczestniczę w konferencjach, piszę artykuły, udzielam się wolontariacko, prowadzę warsztaty…  Zawodowo prowadzę projekty. Pisanie to dla mnie kolejna forma rozwijania tej pasji. A jak jeszcze dodam do tego wszelkie dobrodziejstwa płynące z samej czynności pisania, to nie mam żadnych wątpliwości. Nie da się też ukryć, że pisać bardzo lubię 🙂

Bardziej gnębiło mnie pytanie czy aby na pewno ten blog daje coś innym.

I w tym momencie chciałabym Wam wszystkim serdecznie podziękować za maile, które do mnie wysyłacie z pytaniami, za wszystkie ciepłe słowa i wsparcie. Jakoś tak się stało, że właśnie pod koniec roku dotarło do mnie wiele pozytywnych opinii na temat mojej twórczości na zarzadzam-projektami.pl Dało mi to niesamowitą dawkę motywacji by nie przestawać w pisaniu. A, że opinie spłynęły z wielu różnych źródeł (zaskoczyliście mnie niesamowicie, nie da się ukryć), tym bardziej silniejszy jest bodziec. Dziękuję Wam jeszcze raz! Jednocześnie przyznam, że w myślach uprawiam właśnie swoistego rodzaju samobiczowanie pt: „Naprawdę musieli inni powiedzieć Ci, że warto? Gdzie jest Twoja zdolność do motywacji samej siebie? Gdzie silne przekonanie sprzed roku, że chcesz pisać bloga?”

Jak widać każdemu z nas zdarzają się upadki i chwile słabości. W moim zwątpieniu pomogliście mi właśnie Wy, za co jeszcze raz bardzo dziękuję!

A teraz mały prezent ode mnie – kilka przykładów mocno świadczących o tym, że warto być wytrwałym w dążeniu do celu, niezależnie od tego jaki on jest.

Gdy tylko macie wrażenie, że nic Wam nie wychodzi. Kiedy bijecie głową w mur. Gdy w Waszym zespole projektowym zapada uczucie rezygnacji. Kiedy nie widać światełka w tunelu.
Zanim się poddacie zapoznaj się z faktami:

– Howard Schulz spotkał się z 242 ludźmi gdy zbierał fundusze na otwarcie Sturbucksa i został odrzucony przez 217 ze swoich rozmówców.

– Walt Disney 300 razy nie otrzymał pożyczki na budowę pierwszego Disneylandu.

– Colonel Sanders odwiedził 1000 restauracji zanim kupiono jego przepis na kurczaka obecnie przyrządzanego w KFC.

– Paul McCartney odniósł porażkę w przesłuchaniu do chóru katedry w Liverpool.

– Elvis Presley został wyrzucony z pracy po swoim pierwszym występie.

A zatem…. WARTO PRÓBOWAĆ DALEJ? 🙂

Przykłady zapożyczyłam z książki Sahar Hashemi, o której piszę na blogu tutaj. Bardzo przypadły mi do gustu i wydaje mi się, że warto je zapamiętać. Możemy motywować nimi samych siebie, jak i członków naszego zespołu.

20130419685

Cała ta motywacja to trochę jak chodzenie po górach. Kto uwielbia wspinać się na strome szczyty, rozkoszować się smakiem spełnienia ścierając krople potu z czoła i rozmasowując zakwasy każdego mięśnia na ciele, a jeszcze bardziej cieszy się, że to nie koniec wyzwania i teraz trzeba będzie zejść z tej „górki” – ten doskonale wie o czym mówię:) Bo w tym wszystkim najprzyjemniejsza jest właśnie droga do celu.

Owocnego spełniania Waszych planów! Nie poddawajcie się!

10 rzeczy, które sprawiają że uwielbiam zarządzać projektami

Tak mi się poszczęściło w życiu, że uwielbiam to, czym się zajmuję zawodowo. Uznaję to za dar szczęścia, ponieważ wiem, że zakochać się w swej profesji to wcale nie taki częsty przypadek.

000135797

Oto mocno skondensowana lista czynników, które sprawiają, że kocham to co robię:

1. W projektach nieustannie się uczę

Każdy projekt to nowa porcja wiedzy, nowy zespół, nowy cel, nowe wyzwania, nowa organizacja i otoczenie. Na początku każdego projektu trzeba przyswoić porządną dawkę wiedzy.

2. Mój zawód daje mi ogromną swobodę

Dzisiaj zarządzam projektem w banku, jutro może poprowadzę projekt otwarcia oddziału firmy w Polsce. Mogę prowadzić projekty w dowolnej dziedzinie.

3. Uwielbiam pracę z ludźmi

Wspólne dążenie do celu, opracowanie planu, burza mózgów, motywacja zespołu, prowadzenie spotkań – to coś co mnie niesamowicie nakręca każdego dnia w pracy.

4. Lubię pracować w przejrzystej strukturze

Najlepiej mi się pracuje gdy wiem co leży w zakresie moich obowiązków i czego mogę oczekiwać od innych. W każdym projekcie dbam zorganizowanie zespołu, podział ról i zadań.

5. Moja praca zawsze ma sens

Gdy pracowałam w operacjach, często wątpiłam w sens mechanicznie wykonywanych przeze mnie zadań, będących elementem procesu operacyjnego. Często słyszane ‘Rób to w ten sposób, bo zawsze tak robiliśmy’ było dla mnie najskuteczniejszym demotywatorem do pracy. W projektach zawsze wiem dokąd zmierzam. Co więcej, rozumiem powiązanie tego, co robię ze strategią organizacji. Wiem jakie korzyści odniesie biznes gdy zakończę prowadzony projekt.

6. Lubię mieć wszystko pod kontrolą

W dobrze zaplanowanym projekcie wszystkie zadania mają sens. Znam kolejność zadań, wiem kto jest właścicielem poszczególnych działań, wiem jak długo będą trwały poszczególne fazy projektu. Znam ryzyka, które mogą się pojawić i zaplanowałam jak im zaradzę.

7. Lubię gdy dużo się dzieje

Projekty powstają w wyniku wizji, nowych strategii biznesowych często napędzanych przez zmieniające się otoczenie. Sukces odnoszą organizacje, które stawiają na dynamikę, elastyczność, a więc na ciągłe zmiany. W ten sposób raz przygotowany na początku projektu plan na 100% kilkakrotnie zmieni się w trakcie realizacji. Tak się składa, że lubię nowe wyzwania.

8. Zależy mi na kontaktach międzynarodowych

Wydaje mi się, że nic nie poszerza horyzontów tak jak poznawanie innych narodowości. Dodatkowo uwielbiam uczyć się języków obcych, a potem je praktykować. Zarządzanie projektami to dziedzina bardzo dobrze rozwinięta na całym świecie. Uwielbiam pracować w międzynarodowych zespołach projektowych. Taką możliwość dają mi międzynarodowe organizacje, takie jak PMI czy IPMA. Liczna organizowane w Polsce i zagranicą konferencje.

9. Mogę nieustannie rozwijać swoje kompetencje

W zarządzaniu projektami ciągle powstają nowe trendy, metodyki, standardy, certyfikaty. Naprawdę jest w czym wybierać.

10. Lubię efekt synergii

W projektach zawsze da się coś zrobić lepiej, wykorzystując potencjał zespołu, czy inne przedsięwzięcia w organizacji. Często wstępne prace nad zainicjowanym projektem otwierają mnóstwo nowych możliwości, odkrywają więcej potencjalnych korzyści biznesowych. W efekcie to, co wydawało się trudne do wykonania, jest nie tylko możliwe, ale i przyniesie więcej korzyści niż oczekiwano.

 

A Wy dlaczego lubicie zarządzać projektami?

Moje pasje

Postanowiłam wprowadzić trochę porządków na blogu. Wpis O mnie uznałam za dość osobisty, stąd przenoszę go do działu Pamiętnik PMa:)

———————————————————————————————————–

Jak pokierowałam swoją przyszłością zawodową na samym początku? Z zamiłowania do nauki języków obcych wybrałam studia filologiczne, a z czysto praktycznego podejścia do życia równolegle studiowałam ekonomię. W ten sposób opanowałam język chorwacki oraz zgłębiłam tajniki handlu międzynarodowego.

Swoją karierę zawodową zaczęłam od pracy jako analityk raportów finansowych spółek giełdowych z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Tak, tak – znajomość języka chorwackiego okazała się w mojej pracy niezbędna! Szczerze mówiąc byłam wniebowzięta, że mogę wykorzystać ten niespotykany język w pracy, a do tego połączyć go z wciągającą mnie coraz bardziej ekonomią. Z czasem zostałam trenerem, mentorem analityków opracowujących dane finansowe zawarte w raportach spółek. Rozwiązywałam zapytania od klientów. Współtworzyłam politykę analizy danych finansowych, konkretnie przemiany tych danych w czytelne i porównywalne dla inwestorów wskaźniki. Byłam członkiem kilku zespołów międzynarodowych, koordynowałam prace projektowe w regionie EMEA, inicjowałam projekty – wszystko to jeszcze wtedy zupełnie nieświadomie i intuicyjnie, nie marząc nawet o roli Project Managera. Jak już wiecie z poprzednich wpisów, ta rola przyszła do mnie sama. Otrzymałam awans na Kierownika Projektów w zupełnie innym dziale. Zanim sama zorientowałam się jak bardzo uwielbiam zarządzanie projektami, moi koledzy stwierdzili, że po prostu się do tego nadaję.

W jaki sposób rozwijałam swoją pasję? Już jako świeżo upieczony Kierownik Projektów rozpoczęłam współpracę z Project Management Institute w Gdańsku, gdzie przez kilka lat pełniłam rolę członka zarządu. W tym czasie współorganizowałam wiele seminariów, uczestniczyłam w konferencjach w Polsce i zagranicą, prowadziłam warsztaty dla wolontariuszy, zarządzałam projektem EWC, który opisałam w jednym z wcześniejszych wpisów. Odbyłam również liczne szkolenia. Poznałam wielu doświadczonych project managerów. Zyskałam mentorów oraz licznych przyjaciół, z którymi do dziś dzielimy się wspólną pasją. Z czasem uzyskałam certyfikat PMP. Skończyłam studia podyplomowe z zarządzania projektami. Przez pewien okres pełniłam również rolę członka zarządu w Project Management Institute, Poland Chapter. O tym co mi dało członkostwo w PMI i dlaczego polecam wszystkim działanie w jakiejkolwiek tego typu organizacji mówi prezentacja umieszczona na blogu pt. Moja przygoda z PMI.

Na co dzień zarządzam projektami. Większość projektów w moim portfolio to przedsięwzięcia międzynarodowe. Do tej pory miałam niewątpliwą przyjemność zarządzania wirtualnymi zespołami multikulturowymi, zlokalizowanymi w Azji, Europie, Afryce, Ameryce Północnej i Południowej. Pracowałam dla znanych korporacji międzynarodowych z branży finansowej. Prowadziłam wiele projektów i programów z różnych dziedzin. Przykładowe przedsięwzięcia, za które byłam odpowiedzialna to: usprawnienie bazy danych, wdrożenie nowej aplikacji, systemu, automatyzacja, reorganizacja działów, transformacja firmy pod kątem nowej strategii, ekspansja centrum outsourcingu w Polsce, zarządzanie programem zmian w produktach firmy na życzenie wybranego klienta, wdrażanie nowych klientów. Posłużą one jako case studies do moich dalszych wpisów. Sporadycznie prowadzę również szkolenia z dziedziny zarządzania projektami, udzielam usług doradczych dla firm, występuję na konferencjach, prowadzę warsztaty… piszę bloga 🙂

Czy project management to wszystko? Otóż nie. Nadal rozwijam swoje zamiłowanie do ekonomii, a w  szczególności do finansów. Pasjonują mnie rynki kapitałowe, instrumenty finansowe, giełdy, źródła finansowania działalności przedsiębiorstw. Obecnie pracuję nad doktoratem z zarządzania finansami i pełnię rolę członka rady nadzorczej spółki oferującej usługi księgowe online.

Jak już się domyśleliście, uwielbiam Chorwację, a tak naprawdę kocham całe Bałkany. Ten obszar zadziwia mnie swoją różnorodnością na każdym kroku. Jego mieszkańcy emanują niesamowitą swobodą. Będąc na bieżąco z tym co dzieje się na Bałkanach, w wolnej chwili spełniam się jako redaktor portalu Balkanistyka.org. Uczę się języków obcych gdy tylko nadarzy się okazja, a od pewnego czasu (dobrych parę lat temu) pokochałam bieganie. Biegam dużo i regularnie. Bieganie to dla mnie czas na reset, przemyślenia, złapanie innej perspektywy. Czasem bieganie zastępuje jazda rowerem, którą tak samo uwielbiam. Pozwala dotrzeć dalej, zobaczyć więcej. Z bardziej statycznych zajęć, dużo gotuję, rzadko według przepisu i prawie nigdy to samo danie.  Gotowanie to zajęcie, które pozwala mi się twórczo wyżyć. Może z czasem napiszę co nieco i o tych pasjach. Choć niekoniecznie na tym blogu 🙂

Dosyć o mnie, wystarczy. Teraz macie pełny obraz autorki wpisów na tym blogu. Następne artykuły już tylko o project managemencie przez pryzmat własnych doświadczeń. Znowu będzie lżej się pisało. Uff!

O zbawiennej roli mentora

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić swoimi przemyśleniami na temat roli jaką odegrała pewna osoba napotkana na mojej ścieżce zawodowej.

Tak jak pisałam we wcześniejszych wpisach, gdy zostałam Kierownikiem Projektu, ruszyłam na bardzo intensywne poszukiwania źródeł wiedzy na temat project managementu. O tej dziedzinie mało wiedział mój przełożony (w każdym razie udzielał mi bardzo skromnych wskazówek), a ja byłam żądna informacji. Nie rozumiałam do końca na czym polega moja rola. Tej wiedzy nie posiadali również członkowie zespołu, którym miałam zarządzać.

—————————————————————————
Pozwolę sobie na małą dygresję. Oto ona:

Do dziś mam problemy by wytłumaczyć ludziom czym właściwie zajmuję się w pracy. Prawie każda rozmowa na ten temat kończy się nieśmiałym potakiwaniem przy towarzystwie niepewnego uśmiechu na twarzy. Te rozmowy  są dość schematyczne. Oto przykładowa rozmowa na temat tego czym się zajmuję. Załóżmy, że odbywa się na mniej formalnym spotkaniu towarzyskim:
– Ania, a Ty czym się zajmujesz w pracy?
– Jestem Project Managerem, zarządzam projektami.
– Acha… – tu pada dość długa chwila milczenia – To co właściwie robisz w pracy?
– Zarządzam projektami: gdy w firmie pojawia się potrzeba biznesowa wykonania jakiegoś przedsięwzięcia, zazwyczaj dość kompleksowego, które angażuje do pracy wiele różnych działów, to do koordynacji takiego przedsięwzięcia potrzebna jest jedna osoba. I taką osobą jestem ja.
W oczach widzę wyraźny brak zrozumienia i sama czuję się winna, że nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, więc po chwili dodaję:
– Dostaje cel od biznesu, rozwijam go, formułuję wokół niego ‘business case’. Następnie buduję zespół, który będzie pracował nad tym przedsięwzięciem. Kolejne kroki to stworzenie planu projektowego i wykonanie tego planu. Moim zadaniem jest upewnić się, że całe przedsięwzięcie zakończy się sukcesem, biznes będzie na bieżąco informowany o postępach prac, zaistniałych problemach, potencjalnych ryzykach, nowych rozwiązaniach.
– Hm.. Brzmi bardzo ciekawie…
Po pewnym czasie i kilku wypitych drinkach mój poprzedni rozmówca podchodzi do mnie i pyta:
– Ania, to co Ty właściwie robisz w pracy?
—————————————————————————

Dążę do tego, że zawód kierownika projektu jest wciąż nieznany, dla wielu osób brzmi bardzo enigmatycznie. Zapewne wynika to w dużej mierze z faktu, iż jest to stosunkowo nowa profesja. Została oficjalnie zdefiniowana i nazwana w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Na początku dotyczyła głównie budownictwa oraz projektów IT.

Jeśli po kilku latach pracy jako project manager bez sukcesów wyjaśniam na czym polega mój zawód, nic dziwnego, że miałam poważne problemy ze zrozumieniem swojej roli jako świeżo upieczony kierownik projektów.

Dlatego właśnie tak ważną rolę odegrała w mojej karierze, moja teraz już wieloletnia przyjaciółka, Małgorzata Kusyk. Małgosia była jedynym PMem w polskim oddziale firmy, w którym obie pracowałyśmy. Ja zostałam drugim. Małgosia szybko stała się dla mnie kopalnią wiedzy, szczególnie tej empirycznej, niesamowicie ważnej w naszym zawodzie. Była dla mnie chodzącą inspiracją. Imponowała swoją przebojowością i  konkretną definicją roli project managera, którą konsekwentnie promowała w swoim (naszym) otoczeniu. Udzieliła mi wielu wskazówek na temat możliwości rozwoju kariery kierownika projektów. Poznała z wieloma praktykami. Zaraziła zamiłowaniem do PMI. Małgosia była i do dziś jest moim mentorem. Nie pracujemy już w tych samych firmach, jednak nadal często rozmawiamy. Opowiadamy sobie co słychać w naszych projektach, nad jakim problemem aktualnie pracujemy. Zdarza się, że mamy inne zdanie, dyskutujemy, sprzeczamy się. Małgosia do dziś jest dla mnie źródłem inspiracji. Uwielbiam rozmowy z Małgosią. Nic nie daje mi takiej motywacji do pracy jak rozmowy z Małgosią o projektach, które prowadzimy, o spotkaniach na których byłyśmy, o ciekawej książce którą jedna z nas przeczytała, o nowym wpisie na blogu. Myślę, że jesteśmy na etapie, na którym dajemy sobie wiele nawzajem.

Dlatego, zachęcam Was byście wypatrzyli takiego mentora w swoim środowisku. Najlepiej żeby był to ktoś reprezentujący innego PMa niż Wy. Może różnić się od Was latami doświadczenia, branżą w której zarządza projektami, podejściem do project managementu, metodami, które zna i którymi się kieruje. Takie urozmaicenie nie jest warunkiem koniecznym, jednak według mnie niesamowicie wzbogaca i gwarantuje rozwój każdej ze stron. Nie jesteście jeszcze PMami? Tymbardziej poszukajcie mentora!

Jeśli nie macie pomysłów jak znaleźć mentora, jak zacząć rozmowę, w jaki sposób ugryźć ten temat, piszcie do mnie, chętnie podpowiem: anna.erdma@gmail.com

Wpis ten dedykuję oczywiście Małgosi. Jeśli jesteście zainteresowani jej sylwetką, zapraszam również na jej bloga: http://agilepm0.blogspot.com. Naprawdę bardzo ciekawy, profesjonalny blog!
Dublin LIM