Mea culpa – czyli krótki przegląd postępów prac własnych i nie tylko…

A co tam, niech i będzie kontrowersyjny tytuł, skoro tak długo czekaliście na jakikolwiek… Niestety, i tym razem będzie krótko. Od razu – bijąc się w piersi – uprzedzam, że nie znajdziecie tu wyczekiwanej części trzeciej z cyklu artykułów na temat certyfikacji PMP.

Mea culpa – czasu mi na tę trzecią część brak. A właściwie to nie tyle brak czasu, co obecnie są inne priorytety.
Za miesiąc druga córcia przychodzi na świat, budowa domu w trakcie (mam nadzieję finalnego etapu;)), przeprowadzka (mam nadzieję w ciągu najbliższego miesiąca) przed nami. A zawodowo? Chwilowe pochłonięcie nieco innymi tematami. Trochę szkoleń, konferencji, pracy nad nowymi koncepcjami, radosnej twórczości w wersji drukowanej itp.

Na razie nie pozostaje mi nic innego, niż – nieprzerwanie bijąc się w piersi – zaproponować Wam jeden z owoców tej ostatniej działalności, rekompensujący choć trochę brak nowych wpisów na blogu. Przechodząc do sedna: pragnę Wam polecić lekturę kolejnego numeru Strefy PMI, w tym mojego artykułu. Całkiem świeżutki tekst na temat projektów transformacji, powstały w szale twórczym, oparty na bazie wiedzy empirycznej. Poza tym cały numer tego wydania wydaje się całkiem godny uwagi. Ja już mam problem, który artykuł przeczytać najpierw (ale na mnie trzeba brać poprawkę – tego ukryć się nie da!).

Miłej lektury!

Strefa PMI copy

 

Warto czytać: Strefa PMI

Wiem, dawno nie pisałam 😉 Więc dla tych, którzy nie mogą doczekać się kolejnego wpisu, coś na zaostrzenie apetytu. Polecam Wam najnowszy numer Strefy PMI, a w nim oczywiście mój artykuł. No, może artykuł to zbyt szumne słowo i powinnam go nazwać „felietonikiem” ze względu na tematykę i rozmiary. Ponownie piszę o transition management, tym razem po polsku.

Gorąco polecam również inne pozycje. Ciekawie piszą i można ściągnąć sobie w każdej chwili, za darmo…! Poleciłabym Wam któryś artykuł, ale mnie przypadły do gustu wszystkie, szczególnie te z pierwszej, zielonej części magazynu. Tak już z project managementem mam – chciałabym przeczytać wszystko i zazwyczaj tak się dzieje.

Strefa PMI

A kolejny artykuł na blogu już niebawem 🙂

PS. Szczególne pozdrowienia dla Czytelników, z którymi ostatnio miałam przyjemność powymieniać się doświadczeniami na szkoleniach.

Jak zdać certyfikat PMP®? Część 2/3

Zapraszam na kolejną część artykułu z cyklu Jak zdać certyfikat PMP®. W części drugiej opiszę jak przebiega egzamin PMP®. Część 1: Jak zapisać się na PMP®? Znajdziecie pod tym linkiem.

Część 2. Jak przebiega egzamin PMP®?

 Doc - 15 Jul 2015 13-03

Przed egzaminem

Egzamin PMP® jak na amerykański standard przystało przebiega w stylu amerykańskim ;), co oznacza nie tylko, że zdajemy go w języku angielskim, ale oznacza to głównie zero tolerancji na ściąganie. Przede wszystkim przyjdźcie na egzamin co najmniej pół godziny wcześniej. Tego wymaga sam PMI. Jeśli się spóźnicie, nie zostaniecie wpuszczeni na salę.

Egzamin zdaje się w sali komputerowej. Komputery ustawione są w taki sposób by żaden ze zdających nie mógł zaglądać drugiemu w ekran. Można skorzystać ze słuchawek wyciszających ewentualne rozpraszające hałasy. Przed wejściem do sali należy zostawić wszystkie osobiste przedmioty w przygotowanych do tego szafkach i zostawić sobie jedynie dokument tożsamości oraz kluczyk do szafki. Do tej szafki będziecie mogli zajrzeć dopiero po egzaminie. Dokument zostanie sprawdzony przez egzaminatora, następnie zostaniecie przeszukani. Tak! Dosłownie można tak to nazwać. Za moich czasów egzaminator kazał mi wywracać kieszenie i odchylać rękawy, a teraz podobno jako dodatkowe wsparcie służy detektor metali. Po przejściu tej – nie da się ukryć – podnoszącej ciśnienie kontroli, wchodzicie na salę. Wyznacza się Wam stanowisko komputerowe. Otrzymujecie ołówek, kartkę, kalkulator, siadacie i…. czas start! Od tego momentu Wasz egzamin już się zaczyna. Uwaga – nie czekacie aż wejdą wszyscy by zacząć pisać razem. Na początku mała rozgrzewka – 15 minut na zapoznanie się z instrukcją egzaminu i obycie się z systemem. Można poklikać tu i tam. Mnie przygotowanie zajęło jakieś 5 minut, potem skorzystałam z wolnego czasu i spisałam sobie wszystkie trudne wzory i formułki na kartce. Z każdego materiału trafiają się takie „babole”, które jakoś same z siebie nie chcą wejść do głowy i trzeba się ich wyuczyć. Właśnie tego typu informacji radzę Wam „pozbyć się” w tym momencie, zapisując je na kartce. Nie będziecie się stresować czy aby na pewno nadal je pamiętacie. Zwolnicie swój mózg z tego utrapienia i na spokojnie zajmiecie się pytaniami egzaminacyjnymi.

W trakcie egzaminu

Jeśli chodzi o kwestie formalno-techniczne, na egzaminie jest 200 pytań z czterema odpowiedziami do wyboru. Test jest jednokrotnego wyboru, a czas odpowiedzi to 4 godziny. Dużo? Duuużo! Zarówno czasu, jak i pytań. Tymbardziej, że większość pytań wymaga przeanalizowania sytuacji, policzenia czegoś, narysowania diagramu sieciowego itd. W trakcie tego testu można się nieźle zmęczyć. Można wyjść do toalety, jednak Wasz czas egzaminacyjny będzie w tym czasie płynął. A propos zera tolerancji do ściągania, podczas egzaminu nie można się rozglądać, ani wykonywać podejrzanych ruchów. Egzaminator będzie obserwował Was zza szyby i spacerował co jakiś czas między Wami. A jak skorzystacie z toalety, to obowiązkowo przeszuka Was przed powrotem na salę. Na egzamin nie będzie można wnieść jedzenia, napojów, dodatkowej odzieży. A jak już wejdziecie w zbyt grubym swetrze, to nie będziecie mogli go zdjąć. Podobnie z biżuterią, która może Wam zacząć przeszkadzać przez te 4 godziny. Zatem wszystko co niewygodne lub zbędne, lepiej zostawić poza salą egzaminacyjną.

Sam system komputerowy jest dość przyjazny w obsłudze i nie musicie się go obawiać. Wyświetla informację, które pytanie aktualnie czytacie, ile pytań jeszcze przed Wami i ile pozostało czasu do końca egzaminu. Odpowiadając na pytania, możecie zaznaczyć te, których odpowiedzi nie jesteście pewni i na końcu egzaminu wrócić do listy tych pytań. Pamiętajcie jednak, że 200 pytań w 4 godziny to dość intensywny wysiłek i może się okazać, że na przejrzenie „niepewnych pytań” nie starczy już czasu. Zaznaczcie więc koniecznie odpowiedzi już za pierwszym razem jak czytacie te pytania. Nawet jeśli nie zdążycie ich potwierdzić, będą liczyły się do wyniku egzaminacyjnego. W formule liczenia wyniku nie ma punktów ujemnych. Zatem warto strzelać.

Wynik

Jak już dobrniecie do ostatniego pytania, system zapyta Was czy chcecie już zakończyć egzamin. Po kliknięciu w „yes”, czeka na Was krótka ankieta badająca satysfakcję z organizacji egzaminu, następnie… wynik! I wszystko będzie jasne🙂 Przede wszystkim dowiecie się czy zdaliście pass/fail. Dodatkowo wynik zostanie podzielony na procesy inicjacji, planowania, realizacji, monitorowania i kontroli oraz zakończenia projektu. Dowiecie się jaka jest Wasza wiedza na temat obowiązków kierownika projektów w poszczególnych fazach. Wynik ten zostanie podany w skali trzystopniowej w zależności od liczby właściwych odpowiedzi: proficient, moderately proficient, below proficient. Właściwy certyfikat (wraz z honorową przypinką) otrzymacie w ciągu kilku tygodni pocztą na wskazany adres korespondencyjny.

No i wreszcie odpowiedź na kluczowe pytanie: ile dobrych odpowiedzi wystarczy by zdać egzamin? Nie ma takiej informacji. Otóż próg zdawalności jest za każdym razem ustalany poprzez tzw. analizę psychometryczną i zależy on od tego jak poszedł egzamin innym osobom, które zdawały do w tym samym czasie. Niestety, nic więcej na ten temat nie wiadomo.

Już niebawem egzamin PMP® po polsku

I na koniec coś dla tych, którzy chcieliby zdawać PMP®, ale angielski nie jest ich mocną stroną. Już niedługo egzamin będzie można zdawać w języku polskim. Polski Oddział PMI obecnie ciężko nad tym pracuje. Trzymamy kciuki za cały zespół.

O tym jak się przygotować do egzaminu, jakich pytań się spodziewać i na co zwracać uwagę w części 3 tego cyklu, która już niebawem…

 

 

 

O zarządzaniu transformacjami, migracjami… ZMIANAMI…

Serdecznie zapraszam do lektury mojego artykułu opublikowanego na blogu Agile PMO. Tekst w języku angielskim, znajdziecie go tutaj.

trans mgmt

Jak zdać certyfikat PMP®? Część 1

Nareszcie udało mi się zebrać do tak długo wyczekiwanego przez Was artykułu na temat certyfikatu PMP. Temat jest dość obszerny, a ja chciałabym go zgłębić, więc artykuł ukaże się w trzech kolejnych odsłonach:

Część 1. Jak zapisać się na PMP®?

Część 2. Jak przebiega egzamin PMP®?

Część 3. Jak się do niego przygotować?

Zapraszam do lektury części pierwszej.

Część 1. Jak zapisać się na egzamin certyfikacyjny z PMP®?

 Doc - 15 Jul 2015 13-03

By podejść do egzaminu PMP® trzeba spełnić następujące wymagania:

  • Ukończyć 35-godzinne szkolenie z zarządzania projektami
  • Osoby z wykształceniem średnim – udokumentować minimum 5 lat (60 miesięcy) doświadczenia z zarządzania projektami, z których przynajmniej 7,500 godzin spędziliście w roli lidera projektu
  • Osoby z wykształceniem wyższym (co najmniej poziom licencjata) – udokumentować minimum 3 lata (36 miesięcy) doświadczenia z zarządzania projektami, z których przynajmniej 4,500 godzin spędziliście w roli lidera projektu

Wymóg szkoleniowy

 

Szkolenie może być dostarczone przez tzw. PMI-REP, czyli firmy szkoleniowe posiadające akredytację PMI®, ale nie musi. Można zapisać się na szkolenie do dowolnej firmy oferującej taką usługę. Jeśli ukończyliście studia podyplomowe z zarządzania projektami, to zajęcia stricte dotyczące metodyki project managementu również mogą zaliczać się do edukacji wymaganej przed zapisaniem się na egzamin. Zarejestrować można również naukę w ramach działalności tzw. PMI Community of Practice®, szkolenia wewnętrzne w firmach, czy kursy e-learningowe.

Różnica polega na tym, że szkolenia odbyte u REPów sprawnie przechodzą przez część audytową, tzn. nie są sprawdzane, będąc już zarejestrowanymi w bazie PMI®.

Kryterium szkoleniowe nie ma żadnego ograniczenia czasowego, tzn. mogliście wypracować te 35 godzin nauki kiedykolwiek i w różnych odstępach czasowych. Po prostu łącznie ma wyjść 35 godzin.

Wymóg doświadczenia

Uwaga! Godziny doświadczenia udokumentowane w aplikacji muszą być zdobyte w ciągu ostatnich ośmiu lat (nie dalej) od składania aplikacji.

Natomiast warunek pełnienia roli lidera projektu jest spełniony gdy braliście udział we wszystkich fazach projektu: w fazie inicjacji, planowania, realizacji, monitorowania i kontroli oraz zamknięcia i wykonywaliście w tej fazie konkretne zadania, więcej szczegółów znajdziecie pod tym linkiem.

Nie musieliście przez cały czas pełnić roli kierownika/lidera projektu, ale te obowiązki powinny stanowić co najmniej 80% wymaganego doświadczenia (7,500 godzin z 5 lat, 4,500 godzin z 3 lat).

I jeszcze jedna istotna uwaga: udokumentowane doświadczenie projektowe nie może się nakładać. Tzn. jeśli pracowałeś na projektach zawodowo i wolontariacko, to i tak nie zarejestrujesz wszystkich godzin. Możesz zarejestrować maksimum 8 godzin dziennie. Co więcej, jeśli uczestniczyłeś w dwóch projektach na raz, możesz zarejestrować tylko jeden z nich.

Jeśli jednak chodzi o doświadczenie w zarządzaniu projektem (rola lidera), tutaj może się ono nakładać. Wszystkie godziny liczą się do wymaganego limitu (również te spędzone nad projektami wolontariackimi).

Ogólne doświadczenie projektowe będziemy rejestrować w miesiącach. Doświadczenie w kierowaniu projektami będziemy spisywać w godzinach. Co więcej, trzeba będzie rozpisać je na poszczególne fazy projektowe (co robiliście w fazie inicjacji, planowania, realizacji, monitorowania i kontroli i zamykania projektu).

Dla każdego doświadczenia trzeba podać osobę, która je potwierdzi i kontakt do niej. Powinien to być Wasz przełożony, manager. Zdaje się, że wystarczy adres e-mail.

Uwaga! Jeśli Wasz wniosek znajdzie się w puli aplikacji podlegającej audytowi, będziecie musieli przesłać do PMI® dokumenty potwierdzające zarejestrowaną edukację i doświadczenie. Najlepiej jest więc przygotować taką dokumentację na zaś. Będzie to certyfikat ukończenia kursu, czy pisemne oświadczenie osoby potwierdzającej Wasze doświadczenie projektowe.

Rejestracja i opłaty

Na egzamin rejestrujesz się poprzez stronę pmi.org. Bezpośredni link do strony logowania tutaj.  Trzeba przyznać, że sama aplikacja jest dość skomplikowana. Jeśli jednak przygotujecie sobie wcześniej wyżej wspomniane informacje, powinno pójść gładko. Od momentu rozpoczęcia aplikacji macie 90 dni na jej ukończenie. PMI® będzie Wam o tym regularnie mailowo przypominał. Jak już ukończycie rejestrację Waszego wniosku, organizacja będzie miała 5 dni na jego przegląd i akceptację. Odbędzie się to na zasadzie potwierdzenia kompletności informacji zawartych w aplikacji. Po otrzymaniu mailowego potwierdzenia, że Wasz wniosek pozytywnie przeszedł proces weryfikacyjny, możecie podchodzić do egzaminu w ciągu zbliżającego się roku. Macie zarezerwowane w tej puli trzy podejścia. Teraz przyszedł czas na wniesienie opłaty.

Koszt certyfikatu PMP® to 555 USD dla osoby spoza organizacji PMI® lub 405 USD dla członka PMI®. O tym co daje i ile kosztuje członkostwo w PMI® obiecuję napisać za jakiś czas w oddzielnym wpisie. Opłaty dokonujecie kartą płatniczą online. Podobnie jak w wielu liniach lotniczych, nie musi to być karta kredytowa. Po dokonaniu płatności możecie rejestrować się na egzamin. Chyba, że otrzymacie informację, że Wasz wniosek został wybrany do audytu. Oznacza to, że macie 90 dni na przesłanie materiałów potwierdzających Wasze doświadczenie. Następnie PMI® ma 5-7 dni na weryfikację tej dokumentacji. Jeśli znaleźliście się w puli „szczęściarzy” przechodzących przez audyt, od momentu pozytywnego przejścia przez dodatkową kontrolę możecie zapisywać się na egzamin w ciągu zbliżającego się roku.

Terminy egzaminów

Na egzamin trzeba rejestrować się poprzez stronę www.prometric.com/PMI. Po wypełnieniu niezbędnych informacji pojawi się kalendarz z terminami do wyboru. Egzamin w Polsce zdawać można w dwóch miejscach:

  • W Warszawie, w autoryzowanym centrum edukacyjnym Integral Technologies Sp. Z o.o., na ulicy Waliców 11
  • W Krakowie, w Inifinity, Centrum Testowym Prometric, na Alei 29-go Listopada

W kalendarzu zwykle wyświetla się kilka dostępnych terminów w tygodniu. Można zapisać się od razu lub z kilku tygodniowym wyprzedzeniem. Raczej jest w czym wybierać. Choć ze względu na zmieniający się nieco egzamin od listopada b.r., w październiku może zrobić się nieco tłoczniej.

Termin egzaminu można odpłatnie zmienić lub odwołać:

  • Jeśli zrobicie to wcześniej niż 30 dni przed terminem egzaminu, nie zapłacicie nic.
  • Jeśli zrobicie to z co najmniej 30-dniowym i nie krótszym niż 2 dni wyprzedzeniem, zapłacicie 70 USD.
  • Jeśli zrobicie do z 2-dniowym lub krótszym wyprzedzeniem, stracicie całą kwotę wpisowego.

To tyle na temat samej rejestracji na egzamin. Nie da się ukryć, że zabiera ona trochę czasu. Przede wszystkim radzę by wcześniej przygotować sobie wszystkie informacje potrzebne do aplikacji.

Pozdrawiam Was serdecznie, już teraz zapraszając na część drugą artykułu traktującą o samym egzaminie PMP®.

PMa równowaga w życiu zawodowym i osobistym

Tak dawno nie pisałam, że nie mogę się zdecydować, który temat poruszyćJ Jakiś czas temu otrzymałam prośbę od stałego czytelnika tego bloga by napisać o równowadze między życiem prywatnym a zawodowym. Wydaje mi się, że ten temat przewija się w tekstach na moim blogu, ale rzeczywiście do tej pory nie zaadresowałam tego zagadnienia w oddzielnym artykule. Ostatnio nie pisałam na blogu właśnie ze względu na work-life balance, idealnie będzie więc poruszyć ten temat teraz.

Równowaga a Potrzeby Osobiste

Moje spaczenie project managementowe nakazuje mi zacząć od początku, czyli od wymagań 😉 Z potrzebami w kwestii work-life balance jest różnie. Sama miałam okres, w którym granica między pracą a życiem prywatnym była cienka. Byłam singlem, bez zobowiązań rodzinnych. Bardzo dużo pracowałam, ale też po godzinach pracy wiodłam intensywne życie towarzyskie. Praca nie ograniczała się do pracy na etacie jako PM. Dodatkowo, aktywnie działałam w PMI jako członek Dyrekcji Oddziału Gdańskiego, zarządzałam projektem wolontariackim (o EWC poczytacie tutaj), uczestniczyłam w studiach doktoranckich oaz robiłam podyplomówkę. Do tego dodajcie, że imprezowałam na całego. Weekend zaczynał się w piątek wieczorem i nie wiadomo kiedy robił się poniedziałek rano. Często spędzałam go w gronie znajomych z pracy. W tygodniu obowiązkowy był poranny jogging i odwiedziny w klubie fitness. Sporo też podróżowałam w tym okresie. Miesiąc bez szaleństwa zakupowego w jednej z europejskich stolic był miesiącem straconym. Znajomi, koledzy z pracy mówili, że jestem chodzącym ADHD, wulkanem energii. Piszę to i sama nie wiem w jaki sposób zmieściłam to wszystko w dobie. Tymbardziej, że żadnej z tych rzeczy nie wykonywałam na przysłowiowe „pół-gwizdka”. Bynajmniej tak wtedy mi się wydawało. Dla wielu osób nigdy nie przestawałam pracować. Ja natomiast byłam szczęśliwa. Czułam, że żyję. Taka dysproporcja praca-życie prywatne ze stanowczym naciskiem na praca była na tym etapie mojego życia naturalna. Potrzebna.

To co było dobre dla nas wczoraj, niekoniecznie zadawala nas dzisiaj

Upadek, czyli Równowagi Brak

Z perspektywy czasu widzę, że jeden aspekt poważnie zaniedbałam i przyznaję z bólem serca, że była to moja rodzina. Relacje, które wtedy budowałam też raczej nie należały do najtrwalszych i najwartościowszych, które udało mi się w życiu zbudować. Gdy tylko zmieniłam pracę, szybko okazało się jak obszerna jest czaso-przestrzeń bez tych wszystkich ludzi dookoła mnie. Zmiana pracy wiązała się z miejscem zamieszkania. Przeniosłam się do Warszawy, nadal dużo pracowałam. Nowa praca pochłaniała mnie w 100%. Jednak po pracy zaczęłam zwalniać. Przypomniałam sobie jak cudownie jest obudzić się w sobotę rano wyspaną i mieć przed sobą cały wolny dzień. Podobnie w niedzielę. Jak pięknie było wyjechać na weekend w góry. Porozmawiać z najbliższą rodziną. Nareszcie przeczytać książkę. Zacząć pisać pamiętnik. Do mojego życia zaczęło wkradać się więcej niematerialnych wartości. Zakupy przestały sprawiać tyle przyjemności. Moment przełomowy, to ten w którym przestałam być singlem. Praca zaczęła być coraz większym problemem. Przyzwyczaiłam siebie i wszystkich dookoła, że spędzę w pracy tyle czasu ile potrzeba. Że praca w piątek do 23 jest w moim przypadku jak najbardziej możliwa. Że w tygodniu Erdmańska bez problemu wychodzi z pracy o 2 w nocy jeśli jest taka potrzeba. Jednak gdy okazało się, że ktoś na mnie czeka i zależy mi na tym by wyjść o 17, nie jest to takie łatwe. Co więcej, koledzy, szef szybko przyzwyczaili się, że wychodzę. Ale największy problem miałam z tym ja sama!!! Opuszczając pracę o 17 czułam się winna. Czułam się jak leń, który tego dnia w ogóle nie pracował. Według mojego standardu nie byłam zmęczona pracą. Nie czułam się „spracowana”. Wykonałam jedynie połowę tego co zazwyczaj. To było straszne uczucie. Po racy nie mogłam wyłączyć myślenia o pracy. Przestawić się na tryb człowieka z normalnymi proporcjami życie prywatne-praca, stało się ogromnym wyzwaniem. Co więcej, zaczęłam czuć dokuczliwe wypalenie. Lata intensywnego życia dały o sobie znać. Nagle każdy dzień w pracy wymagał ode mnie wysiłku by się zmotywować. Zrezygnowałam z dodatkowych zajęć by mieć więcej czasu prywatnego. Jednak strasznie to przeżywałam. Wydawało mi się, że wszystkich zawiodłam. Że w świecie zawodowym nawalam na całej linii. Bo jak inaczej może myśleć ktoś, kto wcześniej pracował trzy razy więcej i angażował się w kilka inicjatyw na raz? A więc nastąpiło ostre wyhamowanie. Właściwie powinnam napisać wyjałowienie. Trzeba było się ratować. Zmieniłam pracę. Pomogło, ale tylko w pewnym stopniu.

Nowe Potrzeby = Nowa Równowaga

Dopiero macierzyństwo przyniosło ulgę i ukoiło wypalenie. Pracować skończyłam w ósmym miesiącu ciąży. Po pierwsze, organizm nie zniósł więcej. Po drugie, w szkole rodzenia byłam najbardziej zaawansowaną ciężarówką i jednocześnie jedyną, która jeszcze pracuje. To dało mi do myślenia. Kolejny miesiąc przyzwyczajałam się do tego, że nie dzwoni telefon, że nie odbieram codziennie 100 maili, że nikt mnie nie potrzebuje, o nic nie pyta, nigdzie się nie spieszę, że mam czas by zjeść obiad i przeczytać książkę. Połykałam książki. Wcześniej, przy tak ogromnym zabieganiu, skupienie się nad kartką tekstu było nieosiągalne. Nagle znalazł się czas na regularne rozmowy z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi. Z trwogą przypominałam sobie sytuacje, w których dzwonili do mnie a ja biegnąc na kolejne spotkanie w ogóle nie odbierałam, o oddzwanianiu nie wspominając. Wcześniej ciągle musiało się coś dziać. Wszystko musiało mieć konkretny cel i sens. Teraz? Teraz piękne były liście na drzewach, ptaki w parku. Teraz zaczęłam rozpoznawać sąsiadów i poznawać ich bliżej. Zaczęłam smakować życia, nie poprzez jego intensywność, ale poprzez jego sens, poprzez jego barwy, smaki i zapachy, poprzez cudowność natury. Tak! Brzmi pompatycznie, ale właśnie tak zarysowała się w moim wnętrzu ta zmiana.

Jedna rzecz długo się nie zmieniała – poczucie winy. Poczucie winy, że zawiodłam… siebie, współpracowników, ludzi, którzy na mnie liczyli i do tej pory mnie podziwiali. Na szczęście i z tym się uporałam… po długim czasie.

Teraz jestem pełna energii, nowych pomysłów i postanowień, które wynikają z moich doświadczeń. Czy żyłam za szybko? Tak! Żyłam potwornie szybko, bez czasu na głębsze refleksje. Czy tego żałuję? Nigdy w życiu! To był cudowny, beztroski czas. Bardzo chciałabym, żeby taki czas się jeszcze powtórzył… na chwilę.

Czy teraz jest mi źle? Nie 🙂 Teraz jest cudownie. Teraz dotknęłam głębszego sensu swojego życia. Teraz jest satysfakcja i samorealizacja w pełnym zakresie. Na tempo też nie mogę narzekać.

A jaki jest mój obecny work-life balance? Odwrócony do góry nogami w porównaniu do tego poprzedniego. Teraz tempo narzuca moja rodzina. Ona jest najważniejsza. Ale to nie oznacza, że zostałam mamą w pełnym wymiarze godzin i to jest moje jedyne zajęcie. Tak, w pewnym sensie będę nią do końca życia w każdej jego chwili, niezależnie od czynności, które będę aktualnie wykonywać. Jednak życie nauczyło mnie, że najgorsze dla mnie to zabrnąć pod krawędź którejś ze skrajności. Więc aktualnie opiekuję się moim dzieckiem i ta czynność zajmuje mi najwięcej czasu. Dodatkowo, pracuję nad doktoratem, piszę bloga, występuję na konferencjach, prowadzę Strefę PMa na Facebooku, szkolę z zarządzania projektami. Tego czasu na „dodatkowo” zostaje niewiele. Także tempo jest nadal spore. Nie ukrywam, że tęskno mi do zarządzania projektem. Ale wiem, że to jeszcze nie czas. Gdybym wróciła do PMowania, to już na całego. Praca PMa to tak naprawdę bardzo nienormowane godziny pracy, elastyczność i bycie dostępnym czasami 12 godzin dziennie. Na razie nie mogę sobie na to pozwolić. Na razie są inne priorytety. Ale nic nie robić w zakresie rozwoju zawodowego? Porzucić kochane zarządzanie projektami? Nie, tego też bym nie chciała. Wydaje mi się, że znalazłam złoty środek.

„Przepis” na Równowagę

Jednocześnie coraz mocniej uderza we mnie świadomość, że serce już zawsze będzie rozdarte między córcią, która z tęskną miną i łzami w oczach stoi w drzwiach a małą zadrą, żalem i tęsknotą za adrenaliną, za daniem z siebie 200% po to by osiągnąć pozornie niemożliwe i poczuć ten smak spektakularnego sukcesu. Pewnie, można spotkać się gdzieś pośrodku, ale nie da się mieć jednego i drugiego w stopniu maksymalnym.

Są matki, które twierdzą, że jestem wynaturzeniem, bo nie opiekuję się swoim dzieckiem sama przez 100% czasu mimo, że mam takie możliwości. Są kobiety, które twierdzą, że popełniam straszny błąd nie wracając jeszcze do pracy. I wiecie co? Tak już będzie zawsze! Dlatego pisząc o work-life balance, nie udzielam Wam konkretnych wskazówek, nie piszę jak żyć. To Wasze życie, Wasze priorytety i Wasze wartości. Żonglujcie nimi tak, by żyć w zgodzie ze sobą i być szczęśliwym.

IMG_6925

Pracujesz czterdzieści godzin w tygodniu? Czas to zmienić!

The 4-Hour Workweek Timothy’ego Ferriss’a

Jakiś czas temu (właściwie sprawdziłam, było to dokładnie 1 lipca) obiecałam Wam recenzję książki Timothy’ego Ferrissa pt. Czterogodzinny tydzień pracy. Pisałam już, że lektura ta kipi pomysłami na usprawnienie tygodnia pracy tak, by skrócić go do czterech godzin. Co więcej, w książce znajdziecie przepis na to jak zminimalizować czas, który poświęcamy na pracę, jednocześnie maksymalizując czas, w którym realizujemy swoje marzenia i czerpiemy pełnymi garściami z życia. A więc Moi Drodzy, ta pozycja książkowa zobowiązuje! Jest piękny letni wieczór i nie mogę spędzić go całego nad pisaniem tego artykułu. Do rzeczy!

 The-4-hour-workweek

Jaka jest koncepcja?

Wieść życie, w którym spędzamy jak najmniej czasu na pracę, skupiając się na przyjemnościach, rozwoju i przyjaciołach. W myśl idei pokolenia NEW REACH (w skrócie NR) wykorzystać wszystkie dobra kuli ziemskiej, pracując z dowolnego miejsca na świecie. Nie tracić czasu. Spełniać swoje marzenia. Nie czekać na emeryturę, ale już teraz dysponować porównywalną ilością wolnego czasu. Niemożliwe? Czytajcie dalej 🙂

Kim jest autor?

Wykładowca na Uniwersytecie Princeton z tematyki Przedsiębiorstw High-Tech oraz Inżynierii Elektrycznej. Doradca do spraw finansów i przedsiębiorczości na Uniwersytecie w NASA. Pierwszy Amerykanin, który pobił Rekord Guinnessa w tango. Zna pięć języków (angielski, niemiecki, hiszpański, chiński i japoński). Mistrz narodowych zawodów z kickboxingu w Chinach. Łucznik konny w Nikko, Japonia. Stypendysta programu Henry’ego Crown’a na Uniwersytecie w Aspen. Badacz dziedziny azylów politycznych. Tancerz stylu breakdance w MTV na Tajwanie. Zawodnik irlandzkiego hokeja na trawie. Wyróżniony za najlepszą autopromocję przez Wired Magazine. … i wiele innych.

Wydaje się dość istotne dodać, iż – wbrew pozorom – Tim nie ma jeszcze sześćdziesięciu lat, i w ogóle mu nie blisko do wieku emerytalnego 😉

Co znajdziecie w książce?

Lekturę można podzielić na trzy części:

  • opis idei NR,
  • wskazówki jak usprawnić swój czas pracy,
  • rady dotyczące otworzenia własnego biznesu (Zdaniem Ferrissa najlepiej zarabia się na byciu ekspertem w wąskiej dziedzinie, w której się specjalizujemy).

Dodatkowo, każdy rozdział książki kończy się tzw. sekcją Q&A (ang. Questions and actions, Pytania i akcje), w której autor pomaga czytelnikowi zidentyfikować własne problemy oraz znaleźć ich rozwiązania. Część naprawdę skuteczna – polecam.

Co więcej, w części dotyczącej otwarcia własnego biznesu możemy znaleźć długie listy firm i źródeł informacji rekomendowanych przez autora.

Minusy?

Z mojego punktu widzenia autor mocno przesadził w następujących kwestiach:

– PASJA – głęboko wierzę w to, że pracę można połączyć z pasją i – w ten sposób zarabiając na życie – być szczęśliwym. Ferriss natomiast zupełnie oddziela od siebie te dwie sfery. Praca to jedno, pasja to drugie.

– OUTSOURCING – jest jak najbardziej ok! Jednak u Ferrissa występuje w tak zintensyfikowanym wydaniu, że nie mogę się z nim zgodzić. Wynająć asystentkę w Indiach do opłacania naszych rachunków? Tak! Zatrudnić firmę zewnętrzną do kupienia prezentu dla naszego dziecka, czy też przeproszenia w naszym imieniu żony? Nie! Dla mnie to stanowcza przesada, szczególnie gdy autor opisuje, że firma kupiła żonie kwiatki w jego imieniu, na co on sam by nie wpadł nie uznając sytuacji za aż tak dramatyczną. Muszę jednak przyznać, że lektura Ferrissa utwierdziła mnie, że mój nawyk robienia wszystkich, nawet spożywczych zakupów online jest całkiem korzystny. Zastanawiam się co jeszcze jestem gotowa zlecić do wykonania innym. Do dziś kołacze się po mojej głowie wątpliwość: Czy aby Ferriss napisał tę książkę? A może zlecił jej napisanie komuś innemu?

– NETWORKING I ELEMENT „FACE TO FACE” – autor udziela wskazówek by jak najkrócej rozmawiać przez telefon ze współpracownikami, a najlepiej by kontaktować się ze wszystkimi jedynie przez pocztę elektroniczną. Zdaniem Ferrissa wszystkie spotkania są zbędne i z założenia powinniśmy stawać okoniem przed każdym zaproszeniem do dyskusji. W pracy nie ma miejsca na rozmowy w stylu „Co słychać”. Tim, przepraszam Cię, ale i w tym miejscu mocno się z Tobą nie zgodzę. Za bardzo lubię pracę z ludźmi, a jeszcze bardziej doceniam efektywność, która wzrasta dzięki zachowaniu dobrych relacji i poznaniu ludzi, z którymi się pracuje.

– CZYTANIE – czytanie książek to strata czasu. Jedyna dopuszczalna lektura przez Ferrissa to pozycja z gatunku fantasy czytana do poduszki. O nie! Czytanie rozwija, poszerza horyzonty, ćwiczy naszą wyobraźnię, słownictwo…. Tyle ma plusów, że gotowam kopnąć Ferrissa w kostkę za tę radę 😉

Cenne inspiracje?

Znalazłam w lekturze wiele cennych wskazówek. Oto niektóre z nich:

– Wszystko co masz zrobić danego dnia, zrób przed godziną 11.

– Rób listę rzeczy do zrobienia i…. listę rzeczy, których się od Ciebie oczekuje, ale nie masz zamiaru poświęcić na nie czasu.

– Przejdź na dietę nisko-informacyjną – nie oglądaj telewizji, nie czytaj gazet i Internetu. Pytaj znajomych co słychać w świecie a oni z pewnością streszczą Ci najważniejsze wydarzenia. Muszę przyznać, że odkąd nie oglądam telewizji (będzie około 10 lat) moje życie domowe zyskało nową jakość. Gazety jednak czytam. Jestem uzależniona od zapachu świeżej prasy przy niedzielnej kawie a przesiadywanie w kawiarniach to mój weekendowy nawyk. Internet? Hmm, chyba muszę jeszcze nad tym popracować 😉

– Pozbądź się kłopotliwych klientów – po prostu, szkoda czasu i energii. Skupiając się na klientach bezproblemowych zyskamy o wiele więcej.

– Stawiaj sobie TYLKO NIEREALNE CELE – tak! Cel ma zawsze wydawać się nierealny. W innym wypadku nie wykorzystamy całego swojego potencjału.

– Gdybyś dzisiaj mógł pracować tylko przez godzinę, którymi zadaniami byś się zajął i w jaki sposób?

– …. Wiele innych wskazówek, których jednak nie przytoczę, ponieważ nie o streszczenie książki tu chodzi 😉

Czy polecam?

Stanowczo tak! Książka Ferrissa zmieni Wasze myślenie na temat pracy i życia. Zabierze Was w inny wymiar rzeczywistości. Niezależnie od tego czy pracujecie w korporacji, czy prowadzicie swoje biznesy, znajdziecie w niej multum praktycznych wskazówek i jeszcze więcej przykładów dotyczących sprawniejszego wykorzystania swojego czasu. Ferriss „nie owija w bawełnę”, o wielu sprawach pisze wprost, ułatwiając w ten sposób konfrontację czytelnika z opisywanym problemem. Książka jest też dobrym źródłem informacji na temat firm outsourcingowych na świecie oraz wszelakich inicjatyw skupiających się na zwiększaniu efektywności.

Kto bardziej potrzebuje tego typu wskazówek, niż my: Kierownicy Projektów żonglujący zazwyczaj kilkoma projektami naraz? 🙂

Wywiad

Dzisiaj polecam Wam krótki wywiad, którego udzieliłam na blogu Alternativva w ramach cyklu Inspiring Sunday. Wywiad znajdziecie pod tym linkiem.

Miłej lektury 🙂

 

alternativva

O pozytywnej energii w projektach

Dzisiaj zachęcam Was do przeczytania mojego tekstu na blogu Elisabeth Harrin.

A Girls Guide to Project Management Blog

Jak już wiecie, jestem orędowniczką pracy zespołowej. Motywuje mnie pozytywna energia współpracujących ludzi, potencjał, który się wtedy wytwarza, „boom” kreatywności. Im bardziej zróżnicowane zespoły, tym większą przyjemność czerpię ze swojej pracy.

Ostatnio napisałam krótki artykuł na temat pozytywnej energii w projektach. Artykuł to może zbyt wiele powiedziane. Nazwijmy go tekstem-motywatorem-inspiratorem:) Możecie go przeczytać w języku angielskim na blogu A Girls Guide to Project Management

Zapraszam do lektury i komentarzy:)

Hello, who has just dialed in?

Dzisiaj polecam Wam kilka praktycznych wskazówek na temat przewodzenia zespołom wirtualnym. Artykuł pojawił się w minionym roku na łamach Magazynu Zarządzanie Projektami.

O tym, że w zespole można osiągnąć więcej niż pracując w pojedynkę wie każdy. W myśl zasady TEAM (Together Everyone Achieves More) w projekcie warto postawić na zbudowanie silnego teamu. Dzisiejsze zespoły projektowe są coraz bardziej zdywersyfikowane. Pracujemy z ludźmi specjalizującymi się w różnych dziedzinach, mieszkańcami innych krajów, posługującymi się na co dzień odmiennym językiem. Dobrym przykładem jest tu jeden z projektów, którymi miałam przyjemność zarządzać. Przedsięwzięcie trwało dwa lata. Członkowie zespołu pochodzili z ponad siedmiu krajów rozmieszczonych na trzech kontynentach. Przez cały okres trwania projektu zespół nie spotkał się ani razu. Jak w takich warunkach zbudować zgrany team?

Aby zacząć mówić o budowaniu zespołów w projektach wirtualnych, warto zastanowić się czym cechuje się modelowy team, do którego dążymy. Na warsztatach, które poprowadziłam podczas ostatniej konferencji New Trends in Project Management w Sopocie, uczestnicy zgodzili się, iż do atrybutów idealnego zespołu należą: zaufanie, zaangażowanie, kreatywność, współpraca, różnorodność, a także lider pełniący rolę mentora.

W jaki sposób wzbudzić powyższe cechy w zespole pracującym wirtualnie? Jak zniwelować działanie barier takich jak: posługiwanie się językiem obcym, różnice kulturowe, brak komunikacji niewerbalnej, ograniczone kanały porozumiewania się, praca w różnych strefach czasowych?

Z mojego doświadczenia wynika, iż warto przywiązać szczególną uwagę do następujących działań:

  1. POZNAJ SIEBIE – jest to pierwsza rzecz, którą powinien uczynić lider zespołu. Zidentyfikowanie swoich mocnych i słabych stron, określenie własnego stylu pracy jest podstawą do rozpoczęcia pracy z innymi.
  2. POZNAJ ZESPÓŁ PROJEKTOWY – szczerze zainteresuj się członkami zespołu. Na pierwszych spotkaniach przedstaw się szczegółowo i poproś o to samo z drugiej strony. ROZMAWIAJ REGULARNIE – zespół poznasz dobrze jedynie regularnie się z nim komunikując. Mówimy tu o komunikacji z osobna z każdym uczestnikiem projektu. DZWOŃ – rozmawiaj jak najwięcej przez telefon. Komunikator (tzw. chat) to najwygodniejszy kanał porozumiewania się. Nie wymaga określonej formy. Można napisać i odebrać wiadomość w każdej chwili. Jednak rozmowa przez komunikator nigdy nie zastąpi rozmowy telefonicznej. Nie pozwoli usłyszeć tonu głosu rozmówcy, czy określić w jakim tak naprawdę jest humorze. Rozmowa przez telefon jest o wiele bardziej naturalna. Regularna komunikacja pozwoli UPEWNIĆ SIĘ, ŻE UCZESTNIK PROJEKTU JEST ZAANGAŻOWANY w projekt, ROZUMIE SWOJĄ ROLĘ oraz CELE PROJEKTU.

W ramach poznawania zespołu, nie można również pominąć obowiązkowej lekcji na temat KULTURY, z której wywodzą się członkowie teamu. Dodatkowo, warto przećwiczyć wymowę imion i nazwisk a także upewnić się, że znamy płeć wszystkich członków. Imiona w obcych językach potrafią być bardzo mylące (np. Andrea – w języku czeskim, słowackim, serbskim, macedońskim, angielskim, niemieckim, włoskim, węgierskim, czy hiszpańskim to imię żeńskie; w języku włoskim, albańskim i rumuńskim – imię męskie). Zdarzyło mi się już Harshę wziąć za kobietę, a Graham za mężczyznę, tymczasem w przypadku obu imion było odwrotnie. Niezbyt udany start na zbudowanie owocnych relacji…

  1. ZBUDUJ ZAUFANIE – nie istnieje wzór, ani przepis na zdobycie zaufania członków zespołu. Wiadomo natomiast, że proces ten trwa stosunkowo długo. W zespole wirtualnym nie zdobędziesz zaufania dzięki przysłowiowemu „pierwszemu dobremu wrażeniu”. Pracując w jednym biurze, można zaobserwować że dana osoba jest bardzo zajęta. Łatwiej wtedy zrozumieć dlaczego nie wywiązuje się ze swojego zadania. W świecie współpracy wirtualnej zespół pozostaje w sferze domysłów, a jedynym faktem staje się słowo, bądź wyniki pracy. Zatem zaufanie zespołu zdobędziesz dotrzymując słowa. Wypracujesz je dzięki konsekwencji w działaniu, dzięki suchym faktom, które będą wynikały z Waszej współpracy. Zaufanie zdobędziesz również dbając o PRZEJRZYSTOŚĆ. W tym celu warto zadbać o wspólną dla zespołu przestrzeń wymiany informacji (np. SharePoint lub serwer). Taka przestrzeń powinna zawierać informacje o członkach zespołu, ich rolach, lokalizacji i strefie czasowej w której pracują. Warto też umieścić kalendarz uwzględniający dni wolne od pracy w poszczególnych krajach i wszelkie inne informacje, które zespół uzna za przydatne.
  2. POZWÓL DZIAŁAĆ INNYM – aby zespół zaangażował się w projekt, jego członkowie muszą identyfikować się z podejmowanymi decyzjami, z koncepcją, z planem projektu. Stanie się tak pod warunkiem, że dasz członkom zespołu swobodę podejmowania decyzji, pozwolisz im się wypowiadać. Wiele osób czuje się bardzo niekomfortowo na spotkaniach wirtualnych i tylko dlatego nie zabiera głosu. Pomóż im pokonać tę barierę. Rozmawiajcie przez telefon. Na spotkaniach wirtualnych zadawaj tej osobie pytania, nawiązując do Waszej wcześniejszej rozmowy.
  3. PIELĘGNUJ  NIEZALEŻNOŚĆ ZESPOŁU – testem czy zespół został zbudowany jest moment nieobecności lidera. Dobrze zbudowany team to samorganizujący się zespół, a zatem taki, który pracuje również pod nieobecność managera.
  4. NAGRADZAJ – gwiazdom pozwól świecić! Chwal ludzi, nagradzaj, podkreślaj zasługi. Pamiętaj, że ich osiągnięcia – gwiazdy i tak świecą na Twoim niebie (czyli w Twoim projekcie). Dobry lider nie czeka na oklaski, ale klaszcze innym!
  5. PRZYGOTUJ SIĘ NA SAMOTNOŚĆ – prawdopodobnie nie jeden raz poczujesz się samotny. Ty – przy biurku w jednej lokalizacji, zespół – rozproszony na całym świecie. Zbuduj dobre relacje z ludźmi, którzy otaczają Cię w biurze. Wychodź z innymi na kawę, czy lunch. Pamiętaj, że członkowie Twojego zespołu mogą czuć się w swoich lokalizacjach tak samo samotnie. Rozmawiaj z nimi po skończonej telekonferencji, pytaj co sądzą o mailu dotyczącym projektu, jaka jest aktualnie pogoda, jak minął im dzień.
  6. NIE BĄDŹ PRZEWRAŻLIWIONY – w projekcie wirtualnym warto być czujnym, pamiętaj jednak, iż nie jesteś liderem po to by dogadzać innym. Każdego z nas cechują inne style zarządzania, odmienne umiejętności miękkie i twarde. Twoją rolą jest ułatwić współpracę zespołu. To zespół jest odpowiedzialny za plan projektu i określone w nim zadania. Dorośli, odpowiedzialni ludzie nie narzekają, że muszą zrobić coś, co sami wymyślili i do czego osobiście się zobowiązali.
  7. POSŁUGUJ SIĘ PROSTYM JĘZYKIEM – pamiętaj, że język i sposób w jaki się wypowiadamy jest naznaczony kulturą. Mówiąc w języku angielskim, znanym wszystkim członkom zespołu, nie używaj skomplikowanych zwrotów, przysłów, czy skrzydlatych słów. Osobiście przekonałam się, iż wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego aspektu. W jednym z moich wirtualnych zespołów projektowych pracowałam ze sponsorem z Wielkiej Brytanii. W projekcie posługiwaliśmy się językiem angielskim. Tenże sponsor lubował się w kwiecistym języku, często używał wyszukanych synonimów, posługiwał się przysłowiami. O ile my, Polacy rozumieliśmy co miał na myśli mówiąc One man’s meat is another poison (pol. Wszystkim nie dogodzisz), o tyle niewiele mówiło to członkom zespołu zlokalizowanym w Azji. Przysłowia sypały się w trakcie telekonferencji jak z rękawa, wprowadzając do rozmowy sporo nieporozumień. Zadaniem Kierownika Projektu jest być czujnym w takich sytuacjach. Warto parafrazować nie do końca jasne w odbiorze wypowiedzi, zadawać pytania pomocnicze, prosić o powtórzenie.
  8. NAWIĄZUJ DO RZECZYWISTOŚCI – z mojego doświadczenia wynika, iż do projektów wirtualnych warto wprowadzać pierwiastek rzeczywistości. Można to zrobić na wiele sposobów, na przykład porównując biura w różnych lokalizacjach firmy, rozmawiając o pogodzie, planach urlopowych, wydarzeniu na skalę światową, o tym co stoi na naszym biurku…
  9. NIE ZAPOMNIJ O INTEGRACJI – organizując pierwsze spotkania projektowe warto zaplanować tzw. ice breakers. Jest wiele sposób na przeprowadzenie takich działań w otoczeniu wirtualnym. Mogą być to quizy dotyczące muzyki, filmu. Może być seria zabawnych pytań, na które odpowiada każdy uczestnik. Planując integrację pamiętajmy o różnicach kulturowych, szczególnie biorąc pod uwagę aspekt chęci do dzielenia się informacjami na temat życia prywatnego.
  10. STOSUJ NARZĘDZIA DO WIRTUALNEJ WSPÓŁPRACY – szybko rozwijająca się technologia potrafi niesamowicie skrócić dystans zespołu rozproszonego na całym świecie. Narzędzia takie jak Skype, Webex, wideokonferencja czy Telepresence pomagają pokonać bariery komunikacji wirtualnej. Jeśli zarządzasz zespołem rozproszonym, koniecznie zadbaj o kamerę na swoim biurku!
  11. POSTAW NA BRZMIENIE – skoro tak wiele interakcji odbywa się w zespole wirtualnym poprzez fonię, warto pamiętać o rozgrzaniu swojego głosu i optymistycznym nastawieniu przed każdym spotkaniem. Wyzwaniem w tej materii są szczególnie pierwsze poranne telekonferencje. Znudzony, senny głos ma małe szanse na wzbudzenie entuzjazmu u uczestników.

Podsumowując, projekty rozproszone globalnie to ciągła przygoda, poznawanie obcych kultur i poszerzanie horyzontów. Kierownicy projektów budujący zespoły wirtualne powinni wzmocnić swoje umiejętności miękkie, takie jak empatia czy budowanie relacji. Pracując w zespołach rozproszonych, warto postawić na narzędzia skracające dystans pomiędzy członkami teamu. Takim narzędziem z pewnością nie jest e-mail, stąd celowe pominięcie tej formy komunikacji w niniejszym artykule.

Źródło: https://www.zarzadzanieprojektami.org/

PS.: A na deser polecam obejrzenie tego krótkiego filmiku:

Inspirefulness

Because sharing is caring

Lean Agile Organization Tesis

Just another WordPress.com site

A Girl's Guide to Project Management

Project Management musings for one and all