Konkurs dla każdego!

konkurs

Kto śledzi tego bloga, ten wie, że w swoim podejściu do zarządzania projektami stosuję elementy zwinności. Nie jedna osoba już się nasłuchała o jednej z transformacji globalnych, które przeprowadzałam, a której nie dało się tak naprawdę poprowadzić inaczej, niż etapowo, w iteracjach. Już czas by na blogu powstała oddzielna zakładka, pod którą chciałabym umieszczać posty dotykające zwinności, opisujące narzędzia, które świetnie sprawdzą się na co dzień w zarządzaniu projektami, ale i ogólnie w zarządzaniu.

No i teraz zostaje kwestia pomysłu na nazwę tej zakładki. Myślałam o takich nazwach:

  • Agileorium
  • Agile
  • Zwinne inspiracje
  • Zwinność
  • Zwinnie mi
  • Agile-owo
  • Agile-ownik

Dla doprecyzowania wymagań (takie małe spaczenie zawodowe;) ):

Pod tą zakładką mają kryć się teksty, które będą:

  • prezentowały narzędzia, myślenie stosowane w świecie agile, które można zastosować w zarządzaniu (nie tylko projektami),
  • pomagały tradycyjnym kierownikom projektów odnaleźć się w świecie zwinności.

Szukamy nazwy chwytliwej, możliwie sympatycznej, jednocześnie mówiącej co się pod nią kryje.

Nazwa może maksymalnie składać się z trzech wyrazów.

Dla pewności: nazwa będzie widniała w pasku na równi z: Aktualności, Sztuka Zarządzania Projektami, Pamiętnik PMa, Wydarzenia.

W konkursie wezmą udział tylko komentarze pod tym postem na blogu (nie na facebooku). Co jest do wygrania?

Jedna z pozycji książkowych, które posiadam w dwóch wersjach: Doktryna jakości. Rzecz o turkusowej samoorganizacji Andrzeja Blikle. Solidna piguła wiedzy. Chętnie oddam w dobre ręce, a raczej oczy;)

Doktryna

To co? Macie jakieś propozycje? 🙂

Jeśli nic nie przypłynie, stawiam na agilownik. Zakładam, że macie coś lepszego 🙂

Konkurs trwa do wtorku, 17 października. Do końca dnia. Szczęśliwy zwycięzca zostanie ogłoszony 18 października w komentarzach do tego posta.

Anna Jaszczołt

Dlaczego szkolenia z zarządzania projektami (i nie tylko) nie działają?

Anna Jaszczolt
 

W jednej z podróży z Krakowa do Warszawy poznałam profesora nauk ścisłych. Profesor miał niesamowitą wiedzę. Jest zapraszany na konferencje na całym świecie. W latach 70. zaprojektował i wyprodukował sprzęt, który do dzisiaj sprzedaje w swojej firmie. Wracał z obrony czyjegoś doktoratu, gdzie zasiadał w komisji.

Moim planem na tę podróż było skanowanie ankiet z warsztatu i wprowadzanie ocen uczestników do swojej bazy. Cieszyłam się na te trzy godziny zatopienia się w pracy. Na początku słuchałam Pana delikatnie podenerwowana, z laptopem wciąż otwartym na kolanach, trochę zmęczona z lekko bolącym gardłem po dwóch dniach prowadzenia intensywnych warsztatów.

Zaczęło się od „dokąd Pani jedzie” a skończyło na wymianie swoich życiowych historii. rozmowie o wartościach, sensie życia. Rozmawialiśmy o postępującej technologii, o tym jak nasze życie może wyglądać za 10 lat.

Pan uprzejmie zapytał czy chcę pracować, czy mi przeszkadza… Wciągnął mnie w rozmowę tak bardzo, że odłożyłam wszystko na bok i wspólnie z nim wybrałam się na wędrówkę wyobraźni po tym co może się stać za 10 lat, jak może zmienić się nasz świat, jak rozwój technologii wpływa na nasze postrzeganie świata i nasze codzienne życie. Rozmawialiśmy o wartościach, celach, o sensie życia. Ta rozmowa niesamowicie mnie wzbogaciła, o wiedzę z fizyki, o wiedzę życiową, o inną perspektywę, inne postrzeganie świata.

Warto otworzyć się na drugiego człowieka.

To również uświadomiło mi dlaczego właśnie programy rozwojowe są wartościowe, a nie szkolenia „z pudełka”.

W swoich pierwszych latach działalności jako trener poprowadziłam wiele szkoleń „z pudełka”. Przeszkoliłam w ten sposób ponad 500 osób. Pod koniec każdego warsztatu niejednokrotnie odbywał się „galop przez slajdy”. Bo było ich prawie 200 zaplanowanych na dwudniowy warsztat.

Tak bardzo chciałam wysłuchać uczestników, ich doświadczeń i pomysłów, tak mało było na to czasu.

Dzisiaj wiem, że nie chcę prowadzić szkoleń, z których wychodzą zadowoleni uczestnicy, ba szczęśliwi i wdzięczni za wartościowy czas przybijają ze mną przysłowiową „piątkę”, a potem wracają do biurek i robią dokładnie to samo, co przed szkoleniem. Bo zmieniło się ich myślenie, ale ich otoczenie: zespół, szef, sponsor, klient nadal myśli tak samo.

Dlatego od jakiegoś czasu prowadzę programy rozwojowe, w których skupiam się na uczestnikach. To Wy jesteście źródłem wiedzy na temat tego jak prowadzi się projekty w Waszej organizacji, kogo należy zaangażować w Wasz program, która zmiana jest najbardziej pilna do wprowadzenia. Ja pozostaję w roli inspiratora, źródła wiedzy na temat dobrych praktyk, strażnika wdrażania tego, co wspólnie wypracowaliśmy. Moderuję, naprowadzam i sama uczę się z Wami każdego dnia. W takich działaniach widzę sens, takie działania motywują mnie do podejmowania się kolejnych programów dla kolejnych firm.

Warto otworzyć się na wiedzę, która jest dookoła nas.

Nie bójmy się tego.

Anna Jaszczołt

Życzenia Wielkanocne z nutką ekshibicjonizmu

Do tej pory unikałam postów związanych z kalendarzem pod tytułem: Wesołych Świąt, Szczęśliwego Nowego Roku, podsumowanie poprzedniego roku, postanowienia na następny, do widzenia przed urlopem, jak zacząć nowy rok szkolny itd. Uważałam je za mocno sztampowe, przez co mało ciekawe. Dziś postanowiłam przełamać tę konwencję. Może dlatego, że to miły pretekst by napisać cokolwiek po dłuższej przerwie 😉 A może dlatego, że udało mi się dzisiaj zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie podczas prac nad świątecznymi stroikami (niech żyje radosna twórczość z dziećmi) 😉

Wielkanoc 2017 copy

Z pewnością przewodnia myśl jest taka, że tegoroczne święta traktuję wyjątkowo pod kątem osobistym. Od pewnego czasu przechodzę przez dużą zmianę w swoim życiu. Zmiana cudowna, mocno rozwojowa, głównie zawodowa, ale jednocześnie bezpośrednio i z impetem wpływa na życie prywatne. Jestem dokładnie tam, gdzie marzyłam sobie kiedyś być (ale to nie znaczy, że to koniec marzeń, kto mnie zna, ten wie, że koniec to za każdym razem dopiero początek). Od kilku miesięcy towarzyszy mi ogromny entuzjazm i zapał do pracy, których wypadkowa urzeczywistniła się w kilku fajnych działaniach.

Równolegle jednak ta wielokierunkowa zmiana wywołała lawinową identyfikację różnych obszarów, które wymagają poprawy. Uświadomiłam sobie, że pewne relacje nie są dla mnie korzystne, bądź źle się w nich odnajduję (zarówno te zawodowe, jak i te prywatne). Zdałam sobie sprawę z zagrożeń generowanych przez kierunek, w którym idę. Zidentyfikowałam wiele obszarów własnego rozwoju, które wcześniej wydawało mi się, że działają bez zarzutów. A co tam! Ot, wprost napiszę, że poczucie własnej wartości upadło i poszczególne kawałki powoli odnajdują się nawzajem w gruzach.

Dlatego te święta będą dla mnie okresem przejścia, przemiany. Bynajmniej mocno na to liczę. Że zatrzymam się, że przemyślę, że się zastanowię. Że postawię kropkę nad i w tych wszystkich swoich przemyśleniach. Że po świętach wrócę z „przewietrzoną głową”, przekonana dokąd zmierzam, na czym chcę się skupić, co mi służy, a co nie. I tego moi drodzy również Wam życzę.

Szaleje wiosna, świat się zmienia na zewnątrz. Pozwólcie też zmienić mu się wewnątrz Was. Przemyślcie, zastanówcie się, odetchnijcie, nabierzcie świeższej perspektywy. Jak to uzyskać? Pobudźcie swoją kreatywność zajmując się czymś, czego na co dzień nie robicie. Mi na przykład idealnie „przemyśliwuje się” ciąg przyczynowo-skutkowy dzisiejszego świata podczas pieczenia sernika, malowania jajek i porządkowania ogrodu. Zakładam, że dla Was może to być coś innego, na przykład przyjęcie długiej pozycji w roli tzw. kanapowca, którego głównym zadaniem jest obsłużenie pilota od telewizora. Cokolwiek u Was zadziała.

Podsumowując:

Radosnych, Spokojnych, Twórczych i Refleksyjnych Świąt Wielkanocnych serdecznie Wam życzę!

PS. O powyższych rozważaniach i o tym jak sobie z nimi poradziłam na pewno kiedyś jeszcze konkretniej napiszę.

Cześć, czołem, hello! Czyli „co słychać”…

Witam wszystkich po tej niemałej przerwie – ponad rok od ostatniego merytorycznego wpisu!

Nie uwierzycie, ale wydaje mi się, że piszę tego bloga bez przerwy. Jest cały czas w mojej głowie i wydaje mi się, że dopiero co napisałam ostatni post, a kolejne, które chciałabym napisać powstaną już za chwilkę. No właśnie – za jaką chwilkę? Z tą „chwilką” trudno ostatnio bywało. Priorytety były inne. Niemniej jednak nieprzerwanie płynące od Was maile, pojawiające się pod postami komentarze motywują do odnalezienia siebie i poświęcenia czasu również sobie, czyli temu co sprawia frajdę MNIE i TYLKO MNIE (czyt. objaw lekko sfrustrowanej mamy dwóch cudownych malutkich jeszcze Księżniczek).

Do rzeczy!

Na dzień dzisiejszy jest nowy wpis na stronie O mnie i Witajcie na moim blogu. W tym tygodniu powstanie trzecia część artykułów Jak zdać PMP®. Potem może coś o motywacji PMów, na życzenie Ani, która napisała do mnie w tym tygodniu.

Załączam zdjęcie z Księżniczkami. Trochę prywaty i ekshibicjonizmu – nie ukrywam – w ramach alibi 😉

PS. A teraz specjalne podziękowania dla Wojtka, uczestnika wrześniowego szkolenia w Warszawie. Wojtku, dziękuję za kop motywacyjny!

ksiezniczki

W pociągu do górskiego miasteczka Soller, Majorka 2016

Dlaczego czasami tracę wiarę w sens blogowania?

Dzisiaj będzie kilka słów od serca. A co tam, dawno nie było tekstu, który nadaje się do Pamiętnika PMa. Zatem jeśli ciekawi Was co u mnie słychać i co motywuje mnie do pisania tego bloga, zapraszam do lektury. Jeśli nie, to śmiało pomińcie ten wpis.

 FullSizeRender

Założyłam tego bloga już jakiś czas temu (prawie dwa lata!) z potrzeby pisania, chęci dzielenia się wiedzą i z pasji do zarządzania projektami. Sama wcześniej szukałam w Internecie artykułów na temat zarządzania projektami. Nie udało mi się znaleźć jednego idealnego bloga, którego regularnie czytam. Ot, po prostu poczytuję sobie to tu, to tam. Czy wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał ten blog? Właściwie tak! Moją wizją była strona, która będzie obrastała w dynamiczne, pełne wiedzy teksty na temat project managementu. Wyobrażałam też sobie dyskusje w komentarzach i trochę hejterów, którzy wsiądą mi na plecy (nie da się uniknąć). A jak to wygląda po dwóch latach? Lista tematów do poruszenia na blogu, którą stworzyłam prawie dwa lata temu wciąż jest długa. Na pewno więcej na niej tematów nie przekreślonych, nie odhaczonych tzw. „ptaszkiem”, a mniej tych opisanych. Ostatnio naszły mnie, więc czarnawe myśli: Dokąd zatem zmierza ten blog? Czy pisanie w ogóle ma sens? Dlaczego nie piszę z częstotliwością jaką bym sobie wymarzyła? Dlaczego tak dużo tematów, które sprawiają, że świecą mi się oczy a policzki oblewają rumieńcem (czytaj: tak bardzo ekscytujących), nie zdołałam jeszcze poruszyć?

No i wyszło, że odpowiedzi jest kilka.

Po pierwsze: Tak, pisanie tego bloga ma sens. Odpowiedziałam sobie na to pytanie już jakiś czas temu. Nawet wspomniałam o tym tutaj. Tym razem nie dywagowałam zatem nad nim zbyt długo i nie zamierzam też robić tego tutaj.

———————————————

Dokąd zmierza ten blog?

A kto to wie 😉 Piszę, bo lubię i niech tak zostanie 🙂 Przy okazji pozdrawiam wszystkich, którzy już zdążyli uknuć teorie spiskowe kryjące się za tą stroną i próbowali pewnego razu nieźle mi zaszkodzić.

A tak na serio, to blog ten miał zapełnić pewną lukę, którą kiedyś zauważyłam. Miał stać się rzetelnym źródłem wiedzy o project managemencie, jakiego brakowało mi w Internecie. Po czasie jednak stwierdzam, że zarządzanie projektami jest tak obszerne, a my wszyscy mamy tak różne doświadczenia, że nie da się stworzyć jednego wszechogarniającego źródła, bynajmniej nie jest to zadanie wykonalne dla jednej osoby. I tu moja pierwotna wizja bloga upadła (czytaj: pojawiła się pierwsza przesłanka do zwątpienia w sens blogowania). Oficjalnie zwalniam, więc siebie z obowiązku stworzenia pigułki wiedzy na temat zarządzania projektami i z przyjemnością zaczynam pisać artykuły, na które najdzie mnie ochota 😉 Tak, dobrze zrozumieliście: będę pisać o czymkolwiek i kiedykolwiek, bo przede wszystkim ma być przyjemnie… i… rozwojowo 🙂

Co z burzliwymi dyskusjami w komentarzach?

No właśnie, co z nimi?! Ubolewam nad ich brakiem. Tym bardziej, że całkiem ciekawa wymiana zdań odbywa się za kulisami, mailowo. Średnio w trzech, czterech mailach na tydzień dostaje ciekawe pytania, czy komentarze. Uważam, że z moją niską częstotliwością publikowania artykułów w minionym roku trzy, cztery maile od czytelników tygodniowo to całkiem niezły wynik:) Ale odpowiedzi na główne pytanie możecie udzielić tylko Wy: Co sprawia, że wolicie napisać maila niż skomentować artykuł?

Dlaczego nie piszę z częstotliwością jaką bym sobie wymarzyła?

I tutaj się rozpiszę, bo wydaje mi się, że jest o czym.

Rodzina: Niespełna rok temu w moim życiu zaszła poważna zmiana priorytetów. Przyszła na świat moja córcia – zresztą wspomniałam o tym na blogu tutaj. A więc jakiś czas przed tym wydarzeniem trzeba było mocno skupić się na zawodowych projektach (pozamykać co się da, póki jeszcze było można). No a potem zaczęły się krótkie, intensywne, a jakże radosne przygotowania. Zaraz po nich naturalnie wkroczyłam w tzw. „czas pieluch”, prawdziwie spowolnienie, sielankowe cieszenie się z każdego dnia, rodzinne spędzanie czasu, wspólne podróżowanie, które szczęśliwie trwa do dzisiaj.

Doktorat: Czas ten urozmaicam pracą nad doktoratem. Niestety, latem zeszłego roku w Gdańsku odszedł Mój Profesor, opiekun mojej pracy doktorskiej, a więc w związku z tą wielką stratą nadszedł czas zmian i w tym temacie. Postanowiłam porzucić tematykę zarządzania finansami na korzyść zarządzania projektami. Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z Profesorem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. No i ruszyłam z pracą naukową tak jakby od nowa, ale ze zdwojoną siłą. W zarządzaniu projektami czuję się jak ryba w wodzie, więc jest to czas jak najbardziej przyjemny.

Strefa PMa: Długo przed narodzinami dziecka zaczęłam prowadzić Strefę PMa na Facebooku. Tym, którzy jeszcze o niej nie słyszeli pozwolę sobie w dalszych zdaniach przytoczyć swoją wypowiedź z wywiadu dla Alternativva – Inspiring Sunday (wywiad znajdziecie tutaj). Strefa PMa to platforma informacyjna, której misją jest inspirować osoby interesujące się project managementem. Piszemy o wydarzeniach dotyczących zarządzania projektami, rozpowszechniamy ciekawe artykuły, blogi, motywujemy do pracy i rozwoju w zakresie project managementu. Na stronie nie brakuje też dawki humoru. Platforma zrzesza ludzi o podobnych zainteresowaniach, problemach i wyzwaniach codziennego dnia. Służy też wymianie opinii między doświadczonymi kierownikami projektów. Za Strefą PMa kryje się głębszy pomysł i początkowo strona na Facebooku miała posłużyć jedynie jako prototyp znacząco większej inicjatywy. Tymczasem w ciągu ostatniego roku, przyciągając ponad 2,5 tys. fanów, Strefa PMa stała się ulubioną stroną przyszłych i obecnych project managerów oraz pasjonatów zarządzania projektami. Uwielbiam prowadzić tę stronę. Dzięki niej jestem na bieżąco. Jest to namiastka kontaktu z ludźmi z branży, jaki wcześniej dawała mi działalność w PMI.

Sport: Dodatkowo musi być coś dla ciała i ducha, czyli mój ukochany sport. Tak, wpiszę go tutaj, ponieważ to coś, co zabiera mi kilka dobrych godzin w tygodniu, jednocześnie będąc czymś, bez czego myśleć… żyć nie mogę. A więc ćwiczenia, przynajmniej trzy razy w tygodniu, plus obowiązkowo basen. Powoli zbieram się by wrócić do mojego kochanego biegania, na razie nie potrafię się zsynchronizować z zegarem biologicznym mojej córci. Mam nadzieję, że z nadchodzącą wiosną wczesne poranki staną się mniej katorżnicze i moje bieganie zagości w naszym porannym schemacie dnia.

Blog: No i do tego wszystkiego dodajmy blog. Czy muszę coś dodawać? Jakby nie patrzeć zostaje niewiele czasu…

Ale co by się nie działo, od teraz za punkt honoru stawiam sobie dwa wpisy w miesiącu. Najwyżej nie wszystkie będą tak doskonałe jak je sobie wyobrażam. Dołożę jednak wszelkich starań abyście tego nie odczuli.

Co z zaległymi tematami?

Mam w głowie tyle ciekawych artykułów! Tyle tematów, które trapią nie jednego PMa i nie jednemu przedsiębiorcy, czy menadżerowi spędzają sen z powiek. Dosłownie iskierki zapalają się w oczach na samą myśl o pisaniu. …A jednak pisałam dotąd często o czymś innym… Dlaczego? Po pierwsze często tematy wydają się zbyt długie, by je zgłębić w jednym artykule, czy też jednego wieczoru. Ponadto, nierzadko nachodzą mnie myśli, że „o tym pewnie już nie jeden pisał”,” to już było”, „to jest oczywiste”, „a to oklepane”, więc nie ma sensu się wymądrzać. A potem zajmuję się projektem biznesowym i włosy dęba stają ze zdziwienia, że jednak nie wszyscy znają te, jak mi się wydawało, „prawdy objawione”.

Jest jeszcze jedna przyczyna, do której ciężko mi się przyznać. Ale jednak, co mi tam, przyznam się przed Wami. Nierzadko towarzyszy mi myśl, że nie ma co się wymądrzać. Ba, nierzadko przygotowuję materiał na szkolenie i myślę: „kurcze w tym moim projekcie chyba właśnie to nie działało”. I wtedy przychodzi uczucie wielkiej pokory. Podobnie jest gdy czytam artykuły innych, znajomych z branży. Czytam i myślę sobie, że niewiele ma treść wspólnego z rzeczywistością jaką ja poznałam. I w jednym momencie rady doświadczonego, ale jak się okazuje, nie praktykującego ich autora tracą na autentyczności.

Czy jest więc sens je wdrażać? Tak, jak najbardziej! Mnie samej ciężko się z tym pogodzić, jednak wiem, że muszę zmienić to myślenie. Dlaczego? Dlatego, że nie ma ludzi idealnych. Wszyscy popełniamy jakieś błędy a projekty – za każdym razem nowe wyzwania – to prawdziwy poligon mierzenia się ze swoimi błędami.

Jakie wyciągam więc wnioski? Warto pisać, ale szczerze i bez naciągania. A długie tematy dzielić na mniejsze, równie ciekawe kawałki. Co więcej, pisząc, robię swój własny rachunek sumienia z zarządzania projektami. Takie lessons learned po dłuższym czasie. To jest dopiero prawdziwe „learning by doing” z mocnymi podstawami wdrażania zmian na lepsze.

A teraz pozostaje tylko działać i zmieniać rzeczywistość 🙂

PS. Jeśli myślicie, że niepotrzebnie straciłam sporo czasu na uzewnętrznianie się poprzez powyższe bohomazy, to się mylicie. Artykuł zmotywował mnie do dalszego pisania i mam już gotowy dla Was kolejny wpis. Tak, wreszcie będzie na temat PMP 😉